poniedziałek, 20 czerwca 2011

Idź i patrz

…bo od dzieci wszystko się zaczyna(?)

Jeden z najlepszych filmów wojennych, jakie dane mi było obejrzeć. Na pewno najlepszy film o II wojnie światowej.



Sprytnie opowiedziana historia: Jest młody bohater, który zaciąga się do armii. Jest też narracja subiektywna, która pozwala widzowi towarzyszyć bohaterowi - nastoletniemu Florji.

Razem z nim poznajemy szeroki wachlarz typowych wydarzeń dla tamtych strasznych czasów i tamtego, spowitego mgłami, pełnego mokradeł i biednych wiosek, miejsca. Bohater obłąkany, sparaliżowany strachem i tym, co zobaczył, błąka się po polu działań wojennych. Dzięki temu razem z nim obserwujemy nabór młodych mężczyzn do wojska, oddział i jego życie wewnętrzne, ludobójstwa, hulanki i swawole w niemieckich szeregach, sąd, egzekucje, gwałty, a także ostatnie gesty pomocy bliźniemu. Widać tu jak na talerzu bezradność, rozpacz, strach, bezwzględność, cierpienie.



Po bombardowaniu również i my nie słyszymy. Odłamki skał i gleba leci prosto w nas. Wpadamy w szaleńczy szał wraz z głównym bohaterem. Widać krew i ciała leżące pod stodołą.

Bardzo mocne to kino. Tylko i wyłącznie dla osób o mocnych nerwach. Wielu pewnie ten film śni się po nocach, ale to raczej normalne, w końcu to wojna, a trudno, aby obraz wojny nie wrył się głęboko w pamięci. W końcu to nie Szeregowiec Ryan.

Wielkie wrażenie zrobiła na mnie kreacja aktorska młodziutkiego Alekseya Kravchenko. Na jego twarzy było widać wszystko to, co zobaczył na wojnie. Stopniowo, wraz z rozwojem akcji, pojawiały się tam zmarszczki, mięśnie się napinały, usta zaciskały. Oczy mówiły wszystko. Słów nie trzeba było – to uwielbiam.

Ponadto moją uwagę zwróciła rola karabinu naszego bohatera. Ten symbol męskości, gotowości do walki znalazł się u boku niewinnego dziecka. Wiele razy Florja groził bronią różnym ludziom, wiele razy próbował ją odbezpieczyć, ale jedyne strzały oddał na samym końcu.



Jeżeli na coś miałbym ponarzekać, to tym czymś będzie sama końcówka. Film trochę był przeciągany, nie mógł się skończyć – takie odniosłem wrażenie. Nie jestem Elem Klimowem, ale ja bym dał strzał do obrazu, wyraz twarzy bohatera i koniec. Te archiwalne zdjęcia trochę przeciągały całość, szalony mastershot w lesie też był, moim zdaniem, zbędny. To jakby gloryfikacja radzieckiej armii była. A sam pomysł z tym, że od dzieci wszystko się zaczyna i zdjęcie małego Hitlera… hym… Chciałoby się cofnąć czas, ale że co? Chyba nie zrozumiałem. Tego się trzymam.

Doskonałe zdjęcia, świetny dźwięk, kapitalna reżyseria. Szczególnie jedna scena mnie powaliła. Florja znajduje bandaż i owija nim swój karabin. Dla mnie rewelacja!



Idź i patrz
reż. Elem Klimow, 1985

Moja ocena: 10 /10

Puk, puk.

Daję znak życia - tak, tak, wciąż żyję i mam się dobrze.

Od lutego niczego nie oglądałem, bo a to bardzo intensywny i krótki semestr na studiach. A to od Wielkanocy praktycznie już sesja. Kilka tygodni ćwiczeń terenowych, później ćwiczenia w górach, następnie zaliczenia z drugiego kierunku i oto mam wakacje... i pracę sezonową. Mam nadzieję, że coś uda mi się obejrzeć.

W tym czasie starałem się śledzić najważniejsze wydarzenia ze świata kina - Cannes, Gdynia i takie tam. Mimo wszystko, raczej jestem do tyłu ze wszystkimi informacjami i premierami.

Pozdrawiam wszystkich, pytam co u Was i już wklejam recenzję.

poniedziałek, 21 lutego 2011

61. Festiwal Filmowy w Berlinie

Jestem trochę opóźniony, gdyż zbyt często wiadomość filmowych nie czytam i dopiero dzisiaj sprawdziłem, kto wygrał w Berlinie.

Ku wielkiej mojej radości, nasz ulubieniec - Bela Tarr - otrzymał za swój nowy film wiele prestiżowych nagród. Przede wszystkim cieszącą się moim ogromnym szacunkiem FIPRESCI w kategorii Najlepszy film. Ponadto zgarnął Srebrnego Niedźwiedzia. Gratulacje. Filmu "A Torinói ló" już nie mogę się doczekać.

Dodatkowo cieszę się, że na liście nagrodzonych znalazły się polskie nazwiska.

Las

Polskie „Valhalla Rising”. Nie, nie. Nie ma tu Wikingów, nikogo nikt nie morduje, nikt Ameryki nie odkrywa. To film podobny pod względem charakteru, nie fabuły.

Bo to także jest jedna wielka metafora. Dzieło otwarte na różne interpretacje. Kino kontemplacyjne pozwalające widzom smakować przepięknych zdjęć jak zwykle świetnego Adama Sikory, wsłuchiwać się w doskonale dobrane i zmontowane dźwięki oraz rozmyślać, rozmyślać, zagłębiać się w symbolikę.



Ojciec syna prowadzi przez las, syn ojcowi jest podporą w ostatnich dniach jego życia. Brak słów - same obrazy, gesty, spojrzenia i... emocje! Doskonale uchwycona więź między bohaterami, wzajemna miłość i troska.

Dzieło nietypowe. W wielu recenzjach i komentarzach spotykam się ze zdziwieniem, że na tak niecodzienny film zgodzili się producenci, że dali Dumale wolną rękę i całkowitą swobodę artystyczną. Czy to aż takie dziwne? Widocznie u nas tak.



Moje oczekiwania wobec tego obrazu były spore, ale zostały w pełni zaspokojone. Skrajnie nieprzystępne to kino, kierowane tylko dla wąskiego grona odbiorców... skrajnie nieprzystępne, ale jednocześnie niesamowicie piękne, w które kto się zanurzy, zyskać może niezapomniane doznania duchowe i estetyczne.

Skoro już nawiązałem do poprzedniej mojej recenzji, to odpowiem na pytanie - „Valhalla Rising” czy “Las”? To kwestia indywidualna. Mi bliższy jest facet z kijem w polskim lesie, niż Wiking z mieczem na szkockich wzgórzach. Tym bardziej, że u Dumały dłużyzny nie są puste, a ewentualne porównania do Tarkowskiego lub Tarra, moim zdaniem, trafione, a podobieństwa wyraźne.

„Las” bardzo mi się podobał. Piękny film.



Las
reż. Piotr Dumała, 2009

Moja ocena: 8 /10

piątek, 18 lutego 2011

Valhalla Rising

Początek filmu oceniam na 1 /10. Głównie ze względu na liczne drastyczne sceny, które budzą mój stanowczy sprzeciw.

Wiem, że to plemiona pierwotne, że tak było w rzeczywistości, ale to nie powód, by pokazywać je dzisiejszemu widzowi. Może film miał być realistyczny, lecz realizm to nie wypadające na ziemię flaki, ale wiarygodność w ukazywaniu świata, wydarzeń oraz psychologii postaci.

Uważam, że nie można takich rzeczy pokazywać, gdyż to niszczy u widzów wrażliwość i poczucie piękna. Emanuje z ekranu agresją, bezwzględnością i zabija czułość na cudze cierpienie.



Rozumiem, że to film dla dojrzałych, dorosłych i ukształtowanych widzów, nie dla dzieci, ale nie tylko dzieci są podatne na oddziaływanie tego typu obrazów. Wydaje mi się, że nawet, jeśli rozumowo wyprzemy to, co zobaczyliśmy, ono zostaje w naszej podświadomości i wpływa na naszą wrażliwość i delikatność. A osobiście uważam, że zadanie sztuki jest z goła inne. Powinna ona budować i umacniać w nas poczucie piękna oraz naszą wrażliwość na innych ludzi, ich problemy i cierpienie.

Ponadto, początek budzi mój sprzeciw, gdyż mam wrażenie, iż początkowe drastyczne sceny miały za zadanie jedynie zszokować, wzbudzić kontrowersje i wywołać, tak potrzebny temu filmowi, rozgłos. Początek przecież jedynie naświetla pewną sytuację wyjściową dla dalszych wydarzeń. A owe zapoznanie się widza z konkretnymi faktami, z ze specyfiką świata filmowego, z tłem historycznym oraz rysami bohaterów mogło nastąpić w różnoraki sposób.

Bo czym się różni dobry reżyser od złego reżysera? Zły reżyser pokazuje wyrywanie flaków i rozłupywanie czaszek. Dobry reżyser potrafi powiedzieć to samo sugerując i używają metafor. No, ale często złemu reżyserowi zależy również na fanach „Piły”, na rozgłosie oraz tym, by jego film był fajny. A jak krew tryska, to zdaniem niektórych jest fajnie.

Dla mnie wzorcowym przykładem tak rozumianej dobrej reżyserii jest krótki fragment nagrodzonego znakiem jakości „KYRTAPS Poleca!” filmu „Pieniądz” Roberta Bressona z 1983 roku. Do obejrzenia poniżej.


Wzbudzona kawa w filiżance mówi więcej, niż jakakolwiek ekspresja aktorska, więcej niż słowa, czy samo uderzenie w twarz. Tyle w tym emocji! Gdyby któryś z reżyserów w taki sposób pokazywał mordowanie, to byłby piękny spektakl... a tak, latają głowy i pękają czaszki, a widz zamyka oczy... chyba, że jest nieczuły, że okrutne widoki go nie ruszają lub nawet podniecają i bawią.

Jednak Nicolas Winding Refn nie jest z pewnością złym reżyserem, bo w dalszej części filmu udowadnia, że z wyczuciem coś powiedzieć również potrafi, że niepotrzebna mu dosłowność, że potrafi sprawnie posługiwać się filmowymi środkami wyrazu. Tym bardziej ganię ten film za jego brutalny początek. Może nie jakoś rewelacyjnie i niezbyt twórczo NWR to robi, ale widać, że potrafi i w ten sposób oszczędza widzom rozlewu krwi.

Ale do rzeczy, już nie czepiając się brutalności i obrzydliwości. Sam film jest bardzo ciekawy i nietypowy. Niemal pozbawiony słów. Posiada sporo wymieszanych ze sobą symboli oraz metafor.

Tak zastanawiając się nad własną interpretacją doszedłem do wniosku, że to wszystko jest mało konkretne i strasznie otwarte na szereg odczytań. To widz, nie twórca, nadaje treść filmowi.

Dla mnie najistotniejsza była sama postać Jednookiego. Jego błądzenie, podróż inicjacyjna, szukanie w życiu właściwej „drogi do domu”. Ostatecznie okazał się on zwycięzcą. Znalazł drogę i poszedł nią.

To dzieło surowe, nieźle sfotografowane. Ale chyba twórcy trochę zabrakło doświadczenia w tworzeniu takiego typu kina. Jest tu dużo pustych dłużyzn, które nie wypełnia reżyser. On się odsuwa i zostawia miejsce dla widzów. Sam nie ma wiele do powiedzenia. Ogranicza się do jak najlepszego realizowania fabuły, prostej historii. Ma nadzieję zahipnotyzować widza, wciągnąć do swojego świata i w ten sposób na niego podziałać.

Czy się to udaje? Zależy indywidualnie od widza.



Valhalla Rising
reż. Nicolas Winding Refn, 2009

Moja ocena: 7/10