czwartek, 6 sierpnia 2015

Dziwny przypadek Angeliki

Młody fotograf przyjeżdża do domu rodzinnego pięknej dziewczyniny zrobić jej kilka zdjęć. Zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia. Niestety, nie może się z nią związać. Co ciekawe, największą przeszkodą na drodze do ich szczęśliwego związku nie jest fakt, że ona niedawno wyszła za mąż, ale to, że... jest martwa.


Jak wskazuje tytuł, ten film jest trochę dziwny. Bohater, niczym opętany zauroczeniem, cierpi, miewa omamy. Pozostaje mu wierzyć w miłość po śmierci, bo spotkanie z Angeliką było dna niego destrukcyjnym, niczym połączenie materii z antymaterią – wytworzyła się czysta energia.

Trywialnym byłoby wychwalanie w tym miejscu pięknych, malarskich zdjęć, doskonale dobranej i wpasowanej muzyki oraz niezwykłego wyczucia reżyserskiego, zatem nie będę tego robił. W ramach ciekawostki nadmienię tylko, że w dniu premiery reżyser tego dzieła - Manoel de Oliveira – miał 102 lata, a „Dziwny przypadek Angeliki” nie był jego ostatnim filmem.

Całość jest bardzo estetyczna, mało przyziemna, poetycka.

Smakołyk dla koneserów.


Dziwny przypadek Angeliki
reż. Manoel de Oliveira, 2010

Moja ocena: 7 /10

wtorek, 28 lipca 2015

Sezon na kaczki

To jeden z tych filmów, które mają wszystkie niezbędne cechy, aby stać się kultowymi. „Sezon na kaczki” jest czarno–biały, a jego akcja dzieje się jednego dnia, w dwóch pomieszczeniach jednego małego mieszkania. Na ekranie obserwujemy czterech zwyczajnych bohaterów, którzy na dodatek... nie mają za dużo do roboty. Atmosfera jest jakaś dziwna, senna. Niby nic się nie dzieje, a człowiek patrzy się na ekran jak zahipnotyzowany... albo jak bohaterowie na obraz z kaczkami.

Z "Sezonem na kaczki" kojarzą mi się różne inne, dające się równie bardzo lubić, kultowe filmy – „Klub winowajców”, „Sprzedawcy”, „Stań przy mnie”.



„Sezon na kaczki” kultowym jeszcze nie jest, gdyż w Polsce mało kto o nim słyszał. Tym bardziej, zachęcam do jego obejrzenia. Niech nie zniechęci was fakt, że wolno się rozkręca, a kolejne ujęcia i sceny toczą się powoli, sennie, bo to dzięki nim możemy wpaść w pewnego rodzaju letarg, wkraczając emocjonalnie w świat bohaterów.

A są nimi dwaj nastolatkowie, którzy wykorzystują nieobecność rodziców, aby pograć w strzelanki na konsoli i przegryźć chipsy popijając kolą. Przerywa im pukanie do drzwi nastoletniej sąsiadki, która chce skorzystać z piekarnika, aby upiec ciasto. Na dokładkę wpada jeszcze dostawca pizzy.

Nie, nie. Nic z tego. Nadal nic się nie dzieje. Nawet długie przerwy w dostawie prądu nie przerywają leniwej atmosfery obijania się i wspólnego siedzenia. 



Jednak to tylko pozory. Dla każdego z bohaterów ta niedziela jest bardzo ważna. W gruncie rzeczy, wystarczy, że tylko wspólnie siedzą, bo czują się ze sobą dobrze. Jak kaczki lecące w kluczu wspierają się w locie przez życie. Potrzebują tego, bo każdy z nich ma swoje problemy i wątpliwości. Każdy z nich dorasta, zmaga się z pytaniami dotyczącymi zarówno swojej przyszłości, jak i przeszłości. Wybiera drogę w życiu stojąc na rozdrożu. Nic dziwnego zatem, że (nienachalnie, bardzo naturalnie) przewijają się tu takie tematy, jak kłopoty rodzinne, rozwód, rozstanie. Jest tu poruszany problem niezrozumienia w domu, niemoc odnalezienia się w roli, jaką obecnie się w życiu pełni. Są też pierwsze fizyczne doznania oraz pytania o tożsamość seksualną. Pojawiają się podczas tego spotkania, do tej pory trzymane przez bohaterów głęboko w sobie, emocje. A wszystko to rozgrywa się tak, jakby nigdy więcej nie miało się powtórzyć. To pierwsze i jedyne ich spotkanie. „Nie będzie już więcej niedziel”.

Podsumowując, prosta forma, mnóstwo życiowej mądrości, niepowtarzalny klimat i sporo humoru.


Film został nagrodzony znakiem jakości „KYRTAPS Poleca!” przyznawanym od 2007 roku mało znanym filmom wyróżniającym się pod względem artystycznym. Poprzednio znak jakości został przyznany w 2012 roku filmowi Alaina Resnaisa „Wujaszek z Ameryki”. 


Sezon na kaczki
reż. Fernando Eimbcke, 2004

Moja ocena: 8 /10

poniedziałek, 27 lipca 2015

Hardkor Disko

Ten film ogląda się bardzo dobrze. Kolejne wydarzenia rozgrywają się jedno po drugim. Fabuła jest gęsta, przez to atrakcyjna. Fakt, że od początku nie wszystko jest wiadome, tym bardziej angażuje widza, trzyma go w delikatnym napięciu.

Postaci są bardzo ciekawe. Główny bohater jest wyjątkowo tajemniczy, małomówny, o ciemnej naturze i niejasnych, chorych zamiarach. Jego mrok oraz tajemniczość podniecają, intrygują pozostałych bohaterów. Tym bardziej, że on umie się zachować tak, aby dobrze wyjść z każdej sytuacji.


Moim zdaniem, świat filmowy jest wiarygodny. Wydaje się trafnie opisywać styl życia „nowobogackiej warszawki”. Jednym słowem – jesteśmy królami życia, liczy się tylko kariera oraz seks, dragi i rock and roll. Seks nieważne, z kim, byle przyjemnie. Dragi sposobem na szybkie życie. Do tego wyścigi samochodowe i inne szalone zabawy.

Sporo w tym filmie mądrych dialogów wyjątkowo celnie opisujących rzeczywistość, sporo ciekawe zaplanowanych ujęć i scen. Do tego fantastyczna ścieżka muzyczna, znakomicie dobrana do konkretnych scen. 


„Hardkor Disko” to byłby bardzo dobry film. Niestety, przypomina sprintera, któremu w połowie biegu odpadła proteza nogi.

W połowie filmu ma się wrażenie, że scenarzysta napisał fabułę do połowy i stwierdził, że nie wie, co dalej – i co gorsza – nie zna też sensu tego, co do tej pory się wydarzyło.

Nie poznajemy celu i motywacji działań głównego bohatera, przez co wszystko, co do tej pory się wydarzyło, traci sens. Nie znamy jego przeszłości, powiązań z główną bohaterką, ani jego dalszych zamiarów w stosunku do niej. Nie znamy dalszego ciągu tej historii, a zatem konsekwencji obejrzanych już wydarzeń.

W efekcie, całość rozpada się na kawałki, a my czujemy się oszukani. Zmarnowaliśmy półtorej godziny oglądając całkowicie puste w środku, bardzo atrakcyjne opakowanie. Jednym słowem, kicz.



Hardkor Disko
reż. Krzysztof Skonieczny, 2014

Moja ocena: 3 /10

niedziela, 22 lutego 2015

Birdman

Ten film zaskoczył mnie pozytywnie .

„Birdman” jest bardzo wyrazisty i oryginalny, dlatego zapada w pamięć. Jego akcja rozgrywa się głównie w wąskich korytarzach zaplecza Broadwayu. Utrzymany jest on w poetyce realizmu magicznego nasączonego surrealizmem. Reżyseria jest bardzo dobra - Iñárritu jest chyba co raz lepszy. Jego praca, w połączeniu ze świetnymi zdjęciami i grą aktorską, poskutkowała znakomitymi efektami, które można podziwiać na ekranie.


Mimo takiej, a nie innej tematyki, fabuła jest dosyć przystępna, a co najważniejsze, sensowna. Główny bohater szuka siebie. Jednocześnie walczy ze sobą, z własnym wyobrażeniem o sobie, oraz próbuje zmienić swój wizerunek w oczach innych. Wątpi we własne możliwości, zmaga się ze swoją przeszłością. Akcja filmu toczy się jednocześnie w jego głowie i w garderobie teatru. Dużo tu iskier lecących przy stykaniu się odmiennych charakter aktorów spektaklu. Ich postaci są wyraziste, a ich wzajemne interakcje świetnie nadają filmowi dynamizm. Dużo jest tu humoru, mrużenia oczu do widza, z którym autorzy filmu toczą swoistą grę na zwodzenie, wywoływanie domysłów i złudzeń. 

W tym filmie zostało zrealizowanych wiele ciekawych pomysłów. W tle leci charakterystyczna muzyczka. Całość jest świeża i nie daje się ubrać w żaden schemat, czy zaklasyfikować do konkretnej szufladki. 

Z całą pewnością, ten film jest bardzo dobry.


Birdman
reż. Alejandro González Iñárritu, 2014

Moja ocena: 8 /10

sobota, 21 lutego 2015

Snajper

Wczoraj miałem przyjemność wziąć udział w maratonie filmowym „Noc Oscarów”. Nie interesowałem się, jakie filmy w tym roku są faworytami do nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej, więc niczego konkretnego po oglądanych tytułach się nie spodziewałem. Tym bardziej cieszy mnie fakt, że wśród kandydatów do nagrody głównej, jest bardzo dobra produkcja. Ale po kolei. Pierwszym obejrzanym przez mnie filmem był "Snajper".


Film o nieomylnym superbohaterze, który w imię wyższych wartości, broniąc honoru, braterstwa, ku chwale ojczyzny jedzie na wojnę. Genialnie strzela, łamie prawa fizyki i logiki, staje się legendą. Dużo tu czystej rozrywki, a konkretnie akcji, wybuchów, strzelanek. Dobre efekty, cały czas coś się dzieje i jest fajnie.

Z tym, że ten obraz wychodzi od problemu zmian w psychice człowieka, który przeżywa wojnę i zabija dziesiątki ludzi, w tym dzieci. Zasugerowanemu, niby głównemu, problemowi nie zostaje poświęcone w tym filmie za dużo miejsca. W zasadzie jest kilka procent prostych, płytkich scen z wizyt bochatera do domu. Reszta to strzelanie do Arabów i wykonywanie fajnych akcji, używając nadludzkich sił. Relacje głównego bohatera z żoną i dziećmi są niesamowicie powierzchowne i do bólu naiwne. Całość jest strasznie hollywoodzka, w najgorszym tego słowa znaczeniu.



Bohater w ogóle nie zadaje sobie pytań o sens tego, co robi, czy to jest dobre, po co ta wojna. Gdzieś tam pojawia się jedno ujęcie zamachów z 11 września, gdzieś tam pada jedno patetyczne, propagandowe zdanie, i tyle. Wszystko odfajkowane, byle było. Nie ma przemyśleń, wyrzutów sumienia. Psychologia postaci jak w kreskówce.

Końcówka to jedna wielka pomyłka. Zaczynając od ostatniej walki, która wyglądała jak z gry komputerowej, na mdłych, lukrowatych i przedstawionych w maksymalnym możliwym uproszczeniu scenach powrotu do dobrostanu psychicznego kończąc. Jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko w mgnieniu oka się poprawia i udaje.

Oglądając zagryzałem zęby.

Snajper
reż. Clint Eastwood, 2014

Moja ocena: 3 /10