W mijającym roku obejrzałem 179 filmów. Myślę, że to przyzwoity wynik. W dodatku jest on lepszy od poprzedniego aż o 37 tytułów.
51, spośród obejrzanych w 2012 roku, to były filmy polskie. Średnia wystawionych przeze mnie ocen była wysoka i wyniosła 6,26 /10. Dla porównania w 2010 wyniosła 5,56, a w 2011 roku 6,06.
Żaden z nowo poznanych tytułów nie dostał maksymalnej oceny 10/10. Za to aż 6 filmów otrzymało notę 9/10.
Za najlepszy z nich uznałem dzieło Alaina Resnaisa pt. "WUJASZEK Z AMERYKI". Ten obraz zostaje FILMEM ROKU. W 2012 przyznałem tylko jeden znak jakości "KYRTAPS Poleca!" i trafił on właśnie do tego dzieła.
Pozostałe produkcje z notą 9/10 to: "ROZSTANIE" (2011), "KOŃ TURYŃSKI" (2011), "KIEŁ" (2009), "RYTUAŁ" (1969) i "STRAJK" (1925).
Dziękuję czytelnikom i życzę wszystkiego dobrego w 2013.
wtorek, 1 stycznia 2013
niedziela, 23 grudnia 2012
Kauwboy. Chłopiec i kawka
Średnie kino ambitne

Kauwboy. Chłopiec i kawka
reż. Boudewijn Koole, 2012
Moja ocena: 5 /10
Dziesięcioletni chłopiec nie ma nikogo poza ojcem, który
jest dla niego chłodny i szorstki. Twardą ręką wydaje rozkazy i zakazy.
Nie pozwala dziecku nawet posiadać własnego zwierzątka, które mogłoby stać się jego
jedynym przyjacielem. W tej sytuacji chłopcu pozostaje samotność i wymyślone rozmowy
telefoniczne z mamą, która nie żyje. Zarówno on, jak i jego tata, najwyraźniej
nie doszli do siebie po jej pogrzebie.

Tutaj filmowi z pomocą przychodzi motyw przewodni, czyli
ptak, który wypadł z gniazda. Tytułowa kawka sprawia, że tę historię coś
wyróżnia, że może ją zapamiętam na chwilę dłużej. Sceny zabaw dziecka z jego nowym
przyjacielem wypadają korzystnie.
Ponadto całość jest jakaś inna, trochę dziwniejsza, niż podobne dzieła. W końcu nie codziennie mam okazję oglądać film z Holandii. "Kauwboy"
to debiut, ale czuć w nim delikatnie odmienność reprezentowanego skrawka Europy.
Czy jednak można "Chłopca i kawkę" nazwać dobrym
filmem? Moim zdaniem, nie.

Historia doskonale wpisuje się sprawdzony schemat. Ma się wrażenie,
że już to się wszystko gdzieś widziało, a pojawiające się kolejne wątki tylko w
tym utwierdzają. W dodatku żadnych głębszych lub nowych treści fabuła nie rodzi
sprowadzając się do tego, że następuje przemiana i tata wreszcie przytula syna mówiąc
"przepraszam". Strasznie to płytkie, miałkie, nieproporcjonalne do
czasu trwania.
Reasumując. Film ambitny, ale ubogi w treść. Fabuła
schematyczna, z ciekawym motywem. Wykonanie porządne, czuć odmienność, inność
holenderskiej produkcji. Całość dosyć sympatyczna, do pooglądania bez nadziei,
że coś się z niej wyniesie.

Kauwboy. Chłopiec i kawka
reż. Boudewijn Koole, 2012
Moja ocena: 5 /10
piątek, 23 listopada 2012
Pokłosie
Nasz kandydat do Oscara?

Pokłosie
reż. Władysław Pasikowski, 2012
Moja ocena: 7 /10
Po seansie większości nowych, polskich filmów pozostaje ten
sam posmak niechlujności ich twórców, większego lub mniejszego niedopracowania.
Widać to w „Pokłosiu” już w kilku pierwszych ujęciach. Leci inny samolot,
ląduje inny, pasażerowie wychodzą z innego, a na końcu, z rozmowy bohaterów
dowiadujemy się, że Franek wrócił z Chicago, skąd przylatują całkiem inne
maszyny. Może ktoś mógłby tego nie zauważyć, ale wystarczy mieć jakiekolwiek
pojęcie o lotnictwie lub być po prostu spostrzegawczym, aby to dostrzec. Tym
bardziej, że bohater później wsiada do pociągu i… dobra, dobra, już sobie
daruję.

Takich wpadek jest w tym filmie więcej, ale na szczęście w
trakcie trwania seansu wpadłem w wir wydarzeń i przestałem je odnotowywać.
Fabuła bowiem jest interesująca. Przede wszystkim porusza trudny, bolesny i
arcyciekawy temat (i chwała twórcom za to). Poza tym, robi to w bardzo
przystępnej dla widza konwencji thrillera ze śledztwem w roli głównej. Mimo
tego, że w mediach trąbią, iż jest to dzieło traktujące o pogromie Żydów w
Jedwabnem, kolejne wydarzenia śledzi się z wypiekami na twarzy, jakby nie było
jasne, co będzie dalej. Jest napięcie, jest też tajemnica.

Niestety nasze kino w ostatnich latach nie może pochwalić się
zbyt wieloma produkcjami na światowym poziomie, więc pozostaje nam cieszyć się
z każdego udanego. Do udanych na pewno zaliczyć należy „Pokłosie”
Pasikowskiego. Od czasu kilku lat nie było lepszego polskiego filmu lub ja go
nie widziałem. Uważam, że powinien to być nasz kandydat do Oscara. Wiem, w
jakim świetle przedstawia Polskę i Polaków, ale chyba tylko dojrzałe narody
potrafią krytycznie spojrzeć na własne nieczyste ręce. Pod względem jego szans
na statuetkę Amerykańskiej Akademii Filmowej, w mojej ocenie, jest wymarzony.
Po pierwsze jest o Żydach, pod drugie jest łatwy w odbiorze i ubrany w kostium
thrillera, po trzecie prezentuje oscarowy poziom. "Poziom oscarowy"
nie należy traktować jako komplement, rzecz jasna.
Tym bardziej warto zobaczyć ten film. Ogląda się go dobrze,
porusza ważne treści, zrobiony i zagrany jest porządnie.

Pokłosie
reż. Władysław Pasikowski, 2012
Moja ocena: 7 /10
środa, 21 listopada 2012
Przyjemny, przystępny, nieszkodliwy

Mój rower
reż. Piotr Trzaskalski, 2012
Moja ocena: 5 /10
W tych trzech słowach mogę opisać najnowszy film Piotra Trzaskalskiego. „Mój rower” to wręcz familijna historia o wzajemnych relacjach
dziadka, ojca i syna, którzy w obliczu niecodziennej sytuacji zmuszeni są ze
sobą przebywać kilka dni. Co z tego wszystkiego wynika pisać nie muszę, bo bardzo
łatwo się tego domyśleć. To dzieło po prostu oryginalnością nie porywa. Jest
ono ciepłe, proste i przyjemne, a do tego skierowane dla szerokiej grupy
odbiorców.


Cała historia jest nieskomplikowana, łatwa w odbiorze,
okraszona sporą dawką życzliwego humoru. Sporo w niej naiwności, skrótowości,
uproszczeń. Wszystko to chwilami kłuje w oczy, lecz te chwile są na tyle
krótkie, by w ekspresowym tempie mógł je zalać miód wylewający się z ekranu,
przed którym należy się zrelaksować.
Poruszane tutaj treści najwyższych pułapów nie osiągają,
wręcz przypominają trochę seriale lub wesołe bajki dla dzieci. Nie ma tu też
przesadnej powagi, więc – wiedząc na co się wybierajmy – możemy to wszystko
wybaczyć reżyserowi mrugającemu co rusz zza ekranu prawym okiem do widza.
Całość jak najbardziej znośna, kupy w miarę się trzyma i wykonana jest przyzwoicie. Oglądało mi się ją dobrze, więc wielbicieli polskich
filmów od niej odstraszać nie muszę. Ja po wyjściu z kina miałem świadomość, że nie było to zbyt wysmakowane artystycznie dzieło, lecz mimo wszystko z seansu byłem zadowolony, czego i Wam życzę.

Mój rower
reż. Piotr Trzaskalski, 2012
Moja ocena: 5 /10
poniedziałek, 5 listopada 2012
Miłość
Podzieliłbym ten film na dwie części. Część główną, prawie dwugodzinną, oraz cześć drugą, zawierającą ostatnie 10-15 minut… nazwę ją haneke’owską. O części drugiej napisałem na końcu tego tekstu.
W części pierwszej obserwujemy zwykłych ludzi, którzy prowadzą zwykłe życie. Równie dobrze to mogliby być nasi rodzice lub my. Ukazana została prostota codzienności. To w niej dostrzec można miłość, jaką darzy się małżeństwo w podeszłym wieku. Haneke ucieka od sprowadzania tytułowego uczucia do zauroczenia, zakochania. Nie ma tu nastolatków, randek, pocałunków, romantycznych gestów. Miłość to wzajemny szacunek, otwartość na drugiego człowieka i dobro, jakim się go obdarza. Objawia się ona na ekranie poprzez zakładania płaszcza, wspólne posiłki, wspólne pasje bohaterów.
Jak pokazuje to dzieło, prawdziwa miłość ma wielką moc. Może ona wręcz stanowić sens życia. Dzięki niej człowiek jest w stanie znieść wiele - od bólu istnienia, przez ból fizyczny. W filmie jest piękna scena, w której bohaterka krzyczy „boli!”, a jej krzyk ustaje dopiero, gdy mąż siada obok i łapie ją za rękę.
To niezwykłe, jak Hanekemu udało się dostrzec piękno trudu pokonywania kolejnych dni życia. I tych, w których jest się szczęśliwym, i tych, gdy przychodzi choroba. Zarysowana przez niego sytuacja dramaturgiczna uderza swoją przyziemnością i prostotą. Jest wydarta prosto ze zwykłego mieszkania zwykłych ludzi. Osobiście również byłem świadkiem wylewu, który spotkał nagle mojego dziadka, więc tym bardziej to do mnie trafiło.

W części pierwszej obserwujemy zwykłych ludzi, którzy prowadzą zwykłe życie. Równie dobrze to mogliby być nasi rodzice lub my. Ukazana została prostota codzienności. To w niej dostrzec można miłość, jaką darzy się małżeństwo w podeszłym wieku. Haneke ucieka od sprowadzania tytułowego uczucia do zauroczenia, zakochania. Nie ma tu nastolatków, randek, pocałunków, romantycznych gestów. Miłość to wzajemny szacunek, otwartość na drugiego człowieka i dobro, jakim się go obdarza. Objawia się ona na ekranie poprzez zakładania płaszcza, wspólne posiłki, wspólne pasje bohaterów.
Jak pokazuje to dzieło, prawdziwa miłość ma wielką moc. Może ona wręcz stanowić sens życia. Dzięki niej człowiek jest w stanie znieść wiele - od bólu istnienia, przez ból fizyczny. W filmie jest piękna scena, w której bohaterka krzyczy „boli!”, a jej krzyk ustaje dopiero, gdy mąż siada obok i łapie ją za rękę.
To niezwykłe, jak Hanekemu udało się dostrzec piękno trudu pokonywania kolejnych dni życia. I tych, w których jest się szczęśliwym, i tych, gdy przychodzi choroba. Zarysowana przez niego sytuacja dramaturgiczna uderza swoją przyziemnością i prostotą. Jest wydarta prosto ze zwykłego mieszkania zwykłych ludzi. Osobiście również byłem świadkiem wylewu, który spotkał nagle mojego dziadka, więc tym bardziej to do mnie trafiło.

Dla nas Niemcy są mistrzami dokładności, zaś dla Niemców
niedoścignionym wzorem w tym względzie są Austriacy. Haneke z chirurgiczną
dokładnością uszył na miarę cały swój film. Każda scena, każdy dialog i
wydarzenie zostało dokładnie zaplanowane i stanowi fragment układanki budującej
tło dla emocji i wydarzeń. Chyba wszystkie fakty, jakie poznajemy na temat
życia bohaterów, są później wykorzystane do uargumentowania emocji i zachowań.
Niesamowite.
Styl typowy dla Mistrza Michaela. Długie, statyczne ujęcia z
doskonale zaplanowanym ruchem i miejscem wszystkich elementów w kadrze. Wręcz zalatywało Bressonem. Jednak czy aby na pewno końcówka filmu wynika z
poglądów autora? Treści, jaką chciał nam przekazać? Ostatecznej wymowy, jaką
chciał mu nadać? Czy może jest ona zabiegiem obliczonym na wywołanie
kontrowersji? Na utrwalenie wizerunku autora, który opowiada o ciemnych
zakamarkach ludzkiej duszy?
[spojlery – dalsza treść zdradza zakończenie filmu]
Niby bohater nie był wstanie już dalej dźwigać swojego
krzyża. Niby także trochę podupadł na zdrowiu, ale żeby podczas pierwszych
chwil słabości dokonać morderstwa... Nie wydaje mi się, żeby on to zaplanował,
żeby o tym myślał. Czyli to było w przypływie chwili? Chciał jej oszczędzić
cierpienia? Dokonał eutanazji, gdyż ona tego chciała, co przekazywała
odrzucając jedzenie i picie? Nie kupuję tego zupełnie.
Mgliste jest także to, co się stało z bohaterem. Co on sobie po
tym wszystkim myślał? Czy miał wyrzuty sumienia? Tulił się do gołębia, bo to
niby ona? Pisał jakiś list, pamiętnik, ale coś z nim dalej albo po co go pisał?
Za dużo tu rzuconych scen symboli-zagadek. Za dużo trzeba sobie samemu dopowiedzieć.
W końcówce także znalazły się zbędne ujęcia. Niepotrzebne
było pokazywanie w wielominutowych ujęciach, jak zakleja taśmą drzwi i
przygotowuje jej „pochówek”, skoro to wszystko widzieliśmy w pierwszej scenie.
Siadła w tym momencie dramaturgia.
Reasumując. Prawdziwa perełka współczesnego kina. Szkoda, że zraniona drobnym uszczerbkiem, jakim jest słabsze i, moim zdaniem, obliczone na rozgłos zakończenie.
Moja ocena: 8 /10
Subskrybuj:
Posty (Atom)
