Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 lutego 2017

Pokot

Na początku filmu, z każdego rogu ekranu wychodzą zwierzęta. Miejsce akcji, czyli rejon Kłodzka, wygląda jak jakaś Arka Noego. Chwilę później, zaczyna się lekko irytująca narracja. Agnieszka Mandat po prostu nie robi pauz, przez co jest mało zrozumiała, i zamiast budować nastrój, wprowadzać w opowieść, jest przeciwskuteczna. Dalej, co by się nie działo, w każdej scenie znajdują się nawiązania do zabijania zwierząt przez myśliwych. Sprawia to wrażenie braku umiaru, wtłaczania widzom pewnych treści - wręcz - pewnej napastliwości.

Na szczęście, to tylko wrażenia z początku filmu. Później jest coraz lepiej, a wszystkie złe wspomnienia zostają zamazane i naprawione. Owe początkowe odczucia wynikają z tego, że film wciąż miesza konwencje, balansując między poważną dosłownością a oniryzmem - od baśni, przez komedię, po kryminał. Z czystym sumieniem, nie mogę jednak powiedzieć, że robi to umiejętnie. Trudno bowiem, szczególnie na początku, odebrać to tak, jakby życzyli sobie tego twórcy. Ten kłopot dotyczy także samej końcówki. W niej jednak, niestety, nie tylko problemem jest zrozumienie konwencji oraz intencji autorów filmu, ale zupełny bezsens zachowań bohaterów… Po prostu, jedną lub dwie sceny należałby wyciąć.

I już. Koniec listy wad. Teraz pora na laurkę, która się należy, bo to jeden z najlepszych polskich filmów ostatnich lat.


Dobry i dopracowany scenariusz, pełen ozdobników, smaczków i perełek w postaci doskonałych dialogów i scen. Barwne, szczegółowo opisane postaci, czasem wręcz z krótkimi retrospekcjami wyjaśniającymi ich przeszłość. Bohaterów tego filmu po prostu można polubić.

To taka baśń z wieloma mrocznymi scenami przeplatanymi potężną dawką dobrego humoru – podczas seansu można bawić się jak na najlepszej komedii, by za chwilę oglądać sceny rozpaczy nad zabitym zwierzęciem. Sporo tu ciekawych odniesień kulturowych, aż po odjechane mieszanie konwencji (np. piosenka „Moja krew” śpiewana w kościele przez chór chłopięcy nad ciałem dzika). Całość dopełniają ładne zdjęcia, świetny montaż i, w ogóle, bardzo staranne wykonanie całego filmu. Jest to po prostu obraz wysokiej jakości.



A treść? Choć może nie jest jakoś specjalnie głęboka, to próbuje uwrażliwić widza na cierpienie zwierząt zabijanych przez myśliwych. Stawia pytania, jednak nie daje jasnych odpowiedzi. Uważam, że nie można zarzucić jej jednostronności. Co prawda, głównie patrzymy na świat i wydarzenia oczyma głównej bohaterki, dla której myśliwi są źli i koniec, ale z drugiej strony ta nasza Pani Duszejko uchodzi za wariatkę, a z jej dziwnym zachowaniem trudno się utożsamiać. Dzięki temu, widz może polubić szaloną emerytkę, ale nie koniecznie musi się z nią zgadzać. To w końcu myśliwi są racjonalnie działającymi, szanowanymi obywatelami, a Duszejko mieszkającą samotnie na odludziu wariatką, która odstawia szopki na komendzie policji i zachowuje się jak niezrównoważona emocjonalnie.

Zapraszam do kin. Raczej nie pożałujecie. Ja miałem dużą przyjemność z oglądania.

reż. Agnieszka Holland, 2017

Moja ocena: 8 /10

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Powidoki

Ważna treść, odstraszająca forma, mało przemyślany i słabo dopracowany scenariusz

Bardzo ciekawy portret artysty. Dramat jednostki, której przyszło żyć w czasach, w których sztuka musiała być realizowana wyłącznie na zamówienie polityczne. Przekonująco zostały przedstawione losy Władysława Strzemińskiego – a raczej pewna ich część, tj. życie zawodowe, działalność twórcza i dydaktyczna. To właśnie na te wątki z życia głównego bohatera położono główny nacisk, kosztem wątków pobocznych relacji z żoną i córką, które pozostały w tle. Uwypuklone zostały tu postawy bohatera, takie jak walka o wolność wypowiedzi artystycznej, postępowanie w zgodzie ze swoimi ideałami pomimo nacisków i represji. Uczy on studentów, że koniecznym jest samodoskonalenie, szukania własnych środków wyrazu oraz nieskrępowane wyrażanie siebie poprzez sztukę, co stoi w sprzeczności z narzuconą przez władze poetykę socrealistyczną. Strzemiński naraził się władzy ludowej, więc zaczął obrywać z każdej strony. Wyrzucono go z pracy, utrudniano pracę zarobkową. Pomimo przeciwnościom losu, trudnej sytuacji wyjściowej (niepełnosprawność, brak relacji z żoną, konieczność wychowywania córki) i sporu z zarządem instytucji artystycznych, trwa on heroicznie w zgodzie ze sobą i wyznawanymi przez siebie wartościami.


Teatralne aktorstwo oraz drętwe i mało przekonujące dialogi od początku zniechęcają do tego filmu. Ponadto sporo w nim patosu i przeintelektualizowania. To twardy, zimny i dumny pomnik, wpisujący się w tę część twórczości Wajdy, której nigdy nie mogłem znieść. Świat filmowy jest czarnobiały, z wyraźnym podziałem na dobrych i złych. Postawy bohaterów są zatem łatwe do przewidzenia, wręcz schematyczne. Postaci są mało skomplikowane, o ubogiej psychologii i słabo umotywowanych zachowaniach, o ile nie są one związane z głównym wątkiem filmu. Niejasne są uczucia i czyny głównego bohatera wobec córki i studentów  chwilami zupełnie wyprane z emocji, przez to nieprzekonujące. Słaba jest także dramaturgia poszczególnych scen i sekwencji.



Po mało interesującym początku, w którym głównie rażą liczne mankamenty filmu, z czasem rozwój wydarzeń, wynikający z pogłębiania się dramatu głównego bohatera, sprawia że można dać się wciągnąć. Szkoda tylko, że po seansie w głowie zostaje jedynie toportny język utworu oraz jedna (bo jedyna) poetycka scena z samej końcówki… a nawet ona nie sprawia dobrego wrażenia, bo kontrastuje z resztą filmu, jest zupełnie oderwana od stylu całości obrazu i wyrwana z ciągłości fabuły.

Powidoki
reż. Andrzej Wajda, 2016

Moja ocena: 4 /10

poniedziałek, 3 października 2016

Ostatnia rodzina

Kino aktorskie o silnym zabarwieniu biograficznym.

Pierwsze skrzypce w tym filmie grają aktorzy. Jest on koncertem Andrzeja Seweryna, Dawida Ogrodnika i Aleksandry Koniecznej. Bohaterowie, pokazywani najczęściej w bliskich kadrach, zachwycają kunsztem, odwzorowaniem manier i charakteru ekspresji prawdziwych Beksińskich. To oni, swoją grą, ustawiają cały film. To dzięki nim, „Ostatnią rodzinę” ogląda się bardzo dobrze, gdyż tworzy się świetna relacja postaci z widzami w kinie. Zupełnie, jakby Beksińscy siedzieli obok nas w pokoju i stroili sobie żarty, puszczając oko do nas, widzów.


Obserwowane życie rodzinne rozgrywa się we wspaniale odwzorowanej przestrzeni. Scenografia jest po prostu kapitalna! Wystrój mieszkań, wszelkie gadżety, obrazy na ścianach, płyty na półkach - świetnie podkreślają charakter tych pomieszczeń, a tym samym, współtworzą portret tytułowej rodziny i ich małego świata. 

Portret ten dopełniają elementy autobiograficzne - prawdziwe nagrania autorstwa Zdzisława. Nagrane amatorską kamerą, często w nawet najmniej odpowiednich, często zaskakujących dla widza, momentach, uwiarygadniają przekaz i świetnie pasują do tak wspaniale zagranego filmu, w tak świetnej scenografii. 



Jednak "Ostatnia rodzina" nie jest pozbawiona wad.

Moim zdaniem, film ten jest niepotrzebnie zbyt biograficzny. Za sztywno trzyma się chronologii i próbuje, jakby z kronikarskiego obowiązku, odnotować wszystkie najciekawsze i kluczowe wydarzenia z życia bohaterów. Przez to, czasem sprawia wrażenie nieco szarpanego, skaczącego po kartkach kalendarza, starającego się w teleekspresowym skrócie  powiedzieć jeszcze o tym, zaznaczyć tamto i pokazać to.

Reżyseria jest solidna, książkowa, bez choćby najmniejszej nuty szaleństwa. Czasem trąci sceną teatralną, czasem dokumentem. Biorąc pod uwagę twórczość Zdzisława oraz upodobania Tomasza, aż się prosiło o odrobinę polotu. Jeśli twórcy nie chcieli nawiązywać do horroru, bonda, czy obrazów Zdzisława, to choćby mogli pokusić się o jakieś pomysłowe ujęcie, czy mniej banalny sposobu pokazania jakieś sceny. Tymczasem nie zaskoczyło ani nie spodobało mi się nic. Co więcej, ostatnia scena jest do wycięcia/przycięcia. Prostacka przez swoją dosłowność, grająca na najniższych instynktach, licząca na wywołanie szoku. Do plusów za to należy zaliczyć klamrę narracyjną w postaci dobijania się przez ojca do mieszkania syna.

"Ostatnia rodzina" jest filmem solidnym, ciekawym, godnym uwagi. Jednak głowy nie urywa.

Ostatnia rodzina
reż. Jan P. Matuszyński, 2016

Moja ocena: 7 /10

poniedziałek, 27 lipca 2015

Hardkor Disko

Ten film ogląda się bardzo dobrze. Kolejne wydarzenia rozgrywają się jedno po drugim. Fabuła jest gęsta, przez to atrakcyjna. Fakt, że od początku nie wszystko jest wiadome, tym bardziej angażuje widza, trzyma go w delikatnym napięciu.

Postaci są bardzo ciekawe. Główny bohater jest wyjątkowo tajemniczy, małomówny, o ciemnej naturze i niejasnych, chorych zamiarach. Jego mrok oraz tajemniczość podniecają, intrygują pozostałych bohaterów. Tym bardziej, że on umie się zachować tak, aby dobrze wyjść z każdej sytuacji.


Moim zdaniem, świat filmowy jest wiarygodny. Wydaje się trafnie opisywać styl życia „nowobogackiej warszawki”. Jednym słowem – jesteśmy królami życia, liczy się tylko kariera oraz seks, dragi i rock and roll. Seks nieważne, z kim, byle przyjemnie. Dragi sposobem na szybkie życie. Do tego wyścigi samochodowe i inne szalone zabawy.

Sporo w tym filmie mądrych dialogów wyjątkowo celnie opisujących rzeczywistość, sporo ciekawe zaplanowanych ujęć i scen. Do tego fantastyczna ścieżka muzyczna, znakomicie dobrana do konkretnych scen. 


Hardkor Disko” to byłby bardzo dobry film. Niestety, przypomina sprintera, któremu w połowie biegu odpadła proteza nogi.

W połowie filmu ma się wrażenie, że scenarzysta napisał fabułę do połowy i stwierdził, że nie wie, co dalej – i co gorsza – nie zna też sensu tego, co do tej pory się wydarzyło.

Nie poznajemy celu i motywacji działań głównego bohatera, przez co wszystko, co do tej pory się wydarzyło, traci sens. Nie znamy jego przeszłości, powiązań z główną bohaterką, ani jego dalszych zamiarów w stosunku do niej. Nie znamy dalszego ciągu tej historii, a zatem konsekwencji obejrzanych już wydarzeń.

W efekcie, całość rozpada się na kawałki, a my czujemy się oszukani. Zmarnowaliśmy półtorej godziny oglądając całkowicie puste w środku, bardzo atrakcyjne opakowanie. Jednym słowem, kicz.



Hardkor Disko
reż. Krzysztof Skonieczny, 2014

Moja ocena: 3 /10

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Czarne słońca

Film ten jest niesamowity, oryginalny, punk rockowy, industrialny, bardzo wyrazisty. Pełno w nim dymu i niepokojącej muzyki Kultu. Znajdziecie w nim sporo nieoczywistych, często metaforycznych treści, trochę pokręconą, oderwaną od ziemi fabułę.

"Czarne słońca" to jedno z tych dzieł, które można pokochać lub wyłączyć po dziesięciu minutach, ale na pewno trzeba je docenić. Jaka będzie Wasza reakcja? Przekonajcie się sami:

 
Czarne słońca
reż. Jerzy Zalewski, 1992

wtorek, 21 października 2014

Ida

Inteligentny, dojrzały, doskonały. Najlepszy polski film ostatnich kilkunastu lat!


Ten film jest tak ascetyczny, jak życie zakonne. Tutaj przy pomocy minimalnej liczby słów i ujęć wyrażana jest maksymalna ilość treści. Widać to doskonale już we wstępie. Reżyserowi wystarczy kilkanaście sekund i kilka kadrów, by dogłębnie przedstawić bohaterki. Sala sądowa, orzełek bez korony, dwa zdania odpowiednio wypowiedziane przez aktorkę – tyle, i wszystko jasne. Trudno mi znaleźć w tym filmie choć jedno zbędne ujęcie.

Ida” ma to, co charakteryzuje najlepsze filmy, czyli jednocześnie opowiada na dwóch poziomach – dosłownym i metaforycznym. Jest tu wiele odniesień, sugestii, symboli, które nie tylko dodają nowe, poboczne treści, ale czasem wręcz solo są używane przez autora do narracji kolejnych wydarzeń.

Jest tu wiele filmowych smakołyków. Do nich na pewno zaliczyłbym doskonałe zdjęcia. Są one utrzymane ciekawym stylu. Twórcy zostawiają dużo wolnej przestrzeni w górnej części kadrów. Aktorzy często znajdują się w środku, u dołu obrazu. Punktowe oświetlenie podkreśla tylko to, co jest najważniejsze. Podobnie, jak reżyser opowiadając historię, tak samo zdjęcia skupiają uwagę widza tylko na najistotniejszych elementach odrzucając wszystko to, co jest zbędne.



Wreszcie w polskim filmie przekonała mnie kreacja rzeczywistości minionych lat. Tutaj zarówno muzyka jest wspaniale dobrana, jak również scenografia, kostiumy, czy nawet styl bycia ludzi.

Popisy aktorskie to materiał na kolejny akapit tej recenzji. Doskonała Agata Trzebuchowska nie gra do kamery. Jej gra, jak sama postać, jest wyciszona, wycofana, (stoi) gdzieś z boku.  Jej przeciwieństwem jest bohaterka kreowana przez Agatę Kuleszę. Twarda, zdecydowana, bezkompromisowa. One są jak ogień i woda zarówno pod względem stylu bycia, jak i wyznawanych wartości, poglądów, doświadczeń, pomysłów na życie. Zestawienie ze sobą na ekranie obu postaci sprawia, że lecą iskry. Dodatkowo Dawid Ogrodnik robi niesamowite rzeczy na ekranie. Pewnie nie będę oryginalny, ale wróżę mu na prawdę wielką przyszłość. Najpierw obejrzałem go w „Chce się żyć”, później tutaj. To co robi ten facet sprawia, że czapka sama spada z głowy.



Całość jest niezwykle treściwa, przemyślana i poukładana. Dawno w polskim kinie nie widziałem tak dobrego scenariusza. Postaci są niezwykle ciekawe i bogate psychologicznie. Treść jest dużo mocniejsza od głośnego „Pokłosia”, a jeden z głównych wątków fabularnych „Idy” dotyczyła w zasadzie tego samego. Jednak film Pawlikowskiego jest dużo mniej przystępny – nie wali mięsem po ekranie, nie mówi i nie pokazuje wszystkiego dosłownie. Jest w tym dużo wyczucia, przy jednoczesnym budowaniu tajemnicy, nastroju. Dzięki temu, całość ma dużą siłę wyrazu.

Drugi główny wątek związany jest z dojrzewaniem do dokonania świadomego wyboru drogi w życiu. Jest on o poście i karnawale. O tym, co w bohaterkach siedzi głęboko w środku. Autorzy filmu poruszają te trudne tematy w tak umiejętny sposób, z taką lekkością i precyzją, że ręce same składają się do oklasków.

Wreszcie ostatnie ujęcie, które podsumowuje treść, sens i jakość tego filmu stokroć lepiej, niż moja powyższa recenzja.

Majstersztyk!


Ida
reż. Paweł Pawlikowski, 2013

Moja ocena: 10 /10
(ostatnio tak wysoką ocenę wystawiłem 19 czerwca 2011 filmowi "Idź i patrz")

piątek, 27 września 2013

Wałęsa. Człowiek z nadziei

Tego filmu nie muszę nikomu polecać ani odradzać. Większość z Was, prędzej lub później, i tak go zobaczy.

Niewątpliwie największym jego atutem jest temat. Z jednej strony kontrowersyjny, z drugiej bardzo chwytliwy, od razu kojarzący się, powiązany z historią najnowszą naszego kraju i całej Europy Środkowej. To on sprawia, że do kina popędzą zarówno wycieczki szkolne, jak na niesławne ekranizacje lektur, ale także młodzież 60+, która będzie chciała powspominać minione lata. Wreszcie, do kina pójdą osoby zainteresowane historią, polityką, filmem. 

2xW - nie dość, że Wałęsa to jeszcze Wajda - i jak tu nie ma zostać pobity rekord frekwencji? Ten film ma murowany sukces komercyjny niezależnie od tego, jaki zły on by nie był. Sukces promocyjny osiągnął jeszcze przed oficjalną premierą na festiwalu w Wenecji. Za granicą Lecha Wałęsę znają prawie wszyscy, Wajdę większość, więc połączenie sił dwóch panów na W. jest wielką szansą na reklamę Polski i polskiego kina.


Wierzę, że wreszcie do Polski przyleci Oscar w kategorii "Najlepszy film nieanglojęzyczny". "Człowiek z nadziei" jest dziełem bardzo przystępnym i pełnym humoru. Do tego sam reklamuje się swoim tytułem i dzięki niemu wzbudza ogromne zainteresowanie za granicą. Chwilami przypomina wręcz amerykańską, hollywoodzką sieczkę, więc nasz oczywisty kandydat do Oscara ma spore szanse, aby tę nagrodę zdobyć. Mogłaby ona być wynagrodzeniem nie tyle wątpliwej jakości samego obrazu, ale stanowić pomnik dla Wałęsy i Wajdy, który wielokrotnie był nominowany w tej kategorii, a dostał Oscara tylko za całokształt twórczości.















Ten film to produkt polski. Rzemieślniczo wykonana laurka dla Lecha Wałęsy. Wszystkie kolejne sceny z życia szefa Solidarności zostały odfajkowane poprzez bardziej lub mniej dokładne ich wykonanie, sfilmowanie i zmontowanie.

To film przystępny, robiony pod bardzo szeroką publiczność, więc ogląda się go bardzo dobrze. Dwie godziny mijają szybko. Zaskakująco dużo w tym wszystkim humoru, żartu, można chwilami na prawdę się pośmiać.

Jest tu sporo scen podkreślających charakter Lecha Wałęsy. Jak to w biografii, całość skupia się przede wszystkim na tytułowym bohaterze pozostawiając tło historyczne daleko w tle. Niestety, z tego powodu czasem trudno dojść do tego, co się aktualnie dzieje i, np. po co bohaterowie siedzą gdzieś zamknięci. Poza tym, kolejne wydarzenia nie zawsze są ze sobą spójne i jedne nie do końca wynikają z drugich. Niektóre są przesadnie rozwleczone, inne mocno pourywane i rzucone ni stąd, ni zowąd.

Nie zachwyca montaż. Sprawia wrażenie, że film był w pośpiechu sklejany, bo terminy goniły, zbliżał się festiwal i film trzeba było pokazywać. Niestaranna charakteryzacja powoduje, że Wałęsa nienaturalnie szybko zmienia swój wygląd, np. po 4 latach nagle wygląda 20 lat starzej i jest cały siwy. Może to dezorientować widzów.















O jakieś spójnej estetyce filmu również trudno mówić. Początek jest nakręcony jak serial z TVN-u. Później widzimy ratowanie scenariusza i opieranie fabuły o sprawdzony motyw wywiadu z przeplataniem zdjęć archiwalny, stylizowanych na archiwalne oraz dziejących się na bieżąco. Wszystko to jednak sprawia wrażenie bylejakości. Jakby nikt nie miał pomysłu na ten film i sięgnął do szuflady po sprawdzone, gotowe modele z przed 30 lat. 

Ogólnie trudno doszukać się tutaj czegoś filmowo dobrego. Nie ma żadnych pomysłów reżyserskich (nie to, co w "Tataraku"). Nie ma nawet chwili na zatrzymanie się, wprowadzenie jakiegoś elementu poetyckiego, jakieś metafory, symbolu. Wszystko zostaje podane na talerzu, jest prostackie do bólu.

W politykę na pewno wdawał się nie będę, ale na pewno sporo osób zauważy podkreślanie na każdym kroku tego, jakie to były czasy, w jakiej to sytuacji był TW "Bolek", że musiał podpisać papier. Z drugiej, strony na ekranie również widać, że Wałęsa nie zawsze mądrze postępował i nie jest jakoś przesadnie kreowany na superbohatera.

Mi najbardziej podobała się rola Agnieszki Grochowskiej. Wykreowana przez nią Danuta Wałęsa nie tylko błyszczała na ekranie, ale także sceny z jej udziałem posiadały największy ładunek emocjonalny. Jeszcze jeden plus mogę dać za polskie, rockowe przeboje puszczane w tle. 

Całość w miarę przyzwoita, da się oglądać. 


Wałęsa. Człowiek z nadziei
reż. Andrzej Wajda, 2013

Moja ocena: 4 /10

wtorek, 25 czerwca 2013

Drogówka

Dobre, polskie kino akcji. Dużo w nim dynamiki, zwrotów, popisowych scen i lania szambem po ekranie. To bardzo przystępny film z racji bardzo prostych, nieskomplikowanych treści, jakie porusza. Każdy zna te stereotypy, więc bez problemu je w „Drogówce” odnajdzie. Prawie każdy chce zobaczyć taki obraz tych kanalii (zwanych policjantami), którzy wystawiają mandaty prawym i niewinnym ludziom, a sami są najgorszymi szujami. Nienawiść takiego widza do policjantów znakomicie zostaje podsycana przez ten film. To jest Polska, tu każdy bierze w łapę, chleje wódę i dyma dziwki. Ale zaraz… jednak nie każdy!

Jest bowiem w warszawskiej drogówce jeden biały charakter. Co prawda za uszami też trochę ma, ale ogólnie spoko z niego koleś… nawet Król się nazywa, żeby każdy widz po sześciu piwach załapał, o co chodzi. Ten nasz Król to superbohater w niebieskim kubraczku. Najpierw, niewinnie osądzony z łatwością ucieka z więzienia, by później zbierać dowody przeciw innym policjantom udowadniając tym samym swoją niewinność. W pojedynkę walczy ze złym światem stawiając czoła wszystkim i wszystkiemu mimo, że grożą śmiercią jemu oraz jego synowi. Jaki on odważny! Nawet wcale tym się nie przejmuje, nie robi to na nim większego wrażenia. Więcej, on nawet po pobiciach nie ma śladów, a jego kondycja wciąż jest na najwyższym poziomie. W końcu superbohaterom rany goją się w sekundy, nie tygodnie.



Nie tylko scenariusz jest bardzo schematyczny i szpanerski, ale również pojedyncze sceny starają się być szpanerskimi. Wszystko super objechane, super zakręcone, super szybko cięte.  Krew tryska jak z fontanny, samochody jeżdżą wyłącznie z piskiem opon.

Cały świat przedstawiony ocieka złem. Bohaterowie to istne kumulacje wyłącznie złych cech. Policjanci robią wyłącznie złe rzeczy. Pokazano tutaj chyba wszystkie możliwe brudy. Jakby wmieciono wszystko co tylko można było, aby uzyskać wręcz komiczny efekt. Zło i brud jest na każdym komisariacie, na każdej ulicy, na każdym osiedlu. Dotyka każdego… nawet syn policjanta gra w piłkę nożną w kałuży, a jego koledzy sprzedają mecze… taki to zły świat.

Na zakończenie, żeby nie było, iż wyłącznie marudzę: „Drogówkę” oglądało się bardzo dobrze. Może ona trochę otworzyć oczy niektórym ludziom na to, co dzieje się w polskiej policji, aczkolwiek należy pamiętać, że film przedstawia kosmicznie wyolbrzymiony obraz rzeczywistości. Poza tym, wykonanie i aktorstwo stoi na wysokim poziome. Także bardzo ciekawie, umiejętnie wykorzystano tutaj smartfony. Współczesna technika znajduje odzwierciedlenie na każdym kroku w naszym życiu, więc dobrze, że znalazła odbicie w nowoczesnym, polskim filmie. Szkoda, że scenariusz, jak zwykle nad Wisłą, jest niezbyt wysokich lotów. 


Drogówka
reż. Wojciech Smarzowski, 2013

Moja ocena: 5 /10

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Requiem

Requiem dla bezsennych

Może ktoś powiedzieć, że to kolejny polski niedorobiony film. Będzie miał rację. Dźwięk słaby. Czasami wypowiadane słowa wydają się nie pasować do ruchu warg. Sceny trudniejsze do zrealizowania są wykonane na poziomie produkcji amatorskich. Już podczas pierwszych sekund można się zrazić. Dziewczynki wypowiadają swoje kwestie do bólu sztucznie (jakby recytowały wierszyk), a śmierć jednej z nich pod kołami TIR-a przypomina kino klasy B lub jakąś parodię. Nie ma to jak nasze, niedofinansowane kino. A może to głównie wina twórców, a nie braku pieniądzo-czasu zdjęciowego?

Cała ta historia jest bardzo obrazkowa. Strasznie prosta, wręcz przypomina baśnie takie, jak „Jaś i Małgosia” – dość odważne skojarzenie, ale moje osobiste :-)) Sporo tu także nawiązań do Biblii, które również objawiają się w sposobie opowiadania. Wszystko napisane jak od linijki. Bez zbędnych komplikacji, od początku do końca, jasno i przejrzyście. Tutaj pojawić się mogą skojarzenia z jakąś opowieścią ludową. Poza tym, może kogoś zrazić fakt, że dostaje wszystko na talerzu, ale trudno. 


Jednak to przepiękny film! Wiele w nim metafizyki. Bohaterowie żyją tu na ziemi, fizycznie, ale również obserwować możemy ich życie duchowe. Oni zmieniają się na obu płaszczyznach. Sporo mówią wprost o niebie, piekle, zbawieniu i Bogu, ale ich słowa są dobrze uargumentowane ich działaniem. Na ekranie widać  ludzkie słabości, lęki, wątpliwości i ideały. Sama historia jest dosyć przystępna, przyjemna w odbiorze i ubarwiona kilkoma bardzo pomysłowymi ujęciami. Wiele w niej miejsca na kontemplację piękna przyrody oraz na pochwałę życia zgodnie z naturą. Można się zadumach, a nawet wzruszyć.


"Requiem" o ostatni utwór znakomitego reżysera, Witolda Leszczyńskiego, twórcy takich dzieł, jak „Żywot Mateusza”, „Konopielka”, „Siekierezada”. To film o Bartłomieju, lokalnym mówcy pogrzebowym, który od 40 lat udziela (lub też nie) „rekomendacji” do nieba. To także film o Bartku, który spędza wolne chwile ze swoją krową czytając książkę pt. „Sens życia”. To obraz o listonoszu, który dużo pije. To… dobra, nie będę opowiadać dalej, bo przecież i tak sami film zobaczycie.


Requiem
reż. Witold Leszczyński, 2001

Moja ocena: 7 /10

piątek, 23 listopada 2012

Pokłosie

Nasz kandydat do Oscara?

Po seansie większości nowych, polskich filmów pozostaje ten sam posmak niechlujności ich twórców, większego lub mniejszego niedopracowania. Widać to w „Pokłosiu” już w kilku pierwszych ujęciach. Leci inny samolot, ląduje inny, pasażerowie wychodzą z innego, a na końcu, z rozmowy bohaterów dowiadujemy się, że Franek wrócił z Chicago, skąd przylatują całkiem inne maszyny. Może ktoś mógłby tego nie zauważyć, ale wystarczy mieć jakiekolwiek pojęcie o lotnictwie lub być po prostu spostrzegawczym, aby to dostrzec. Tym bardziej, że bohater później wsiada do pociągu i… dobra, dobra, już sobie daruję. 


Takich wpadek jest w tym filmie więcej, ale na szczęście w trakcie trwania seansu wpadłem w wir wydarzeń i przestałem je odnotowywać. Fabuła bowiem jest interesująca. Przede wszystkim porusza trudny, bolesny i arcyciekawy temat (i chwała twórcom za to). Poza tym, robi to w bardzo przystępnej dla widza konwencji thrillera ze śledztwem w roli głównej. Mimo tego, że w mediach trąbią, iż jest to dzieło traktujące o pogromie Żydów w Jedwabnem, kolejne wydarzenia śledzi się z wypiekami na twarzy, jakby nie było jasne, co będzie dalej. Jest napięcie, jest też tajemnica.


Niestety nasze kino w ostatnich latach nie może pochwalić się zbyt wieloma produkcjami na światowym poziomie, więc pozostaje nam cieszyć się z każdego udanego. Do udanych na pewno zaliczyć należy „PokłosiePasikowskiego. Od czasu kilku lat nie było lepszego polskiego filmu lub ja go nie widziałem. Uważam, że powinien to być nasz kandydat do Oscara. Wiem, w jakim świetle przedstawia Polskę i Polaków, ale chyba tylko dojrzałe narody potrafią krytycznie spojrzeć na własne nieczyste ręce. Pod względem jego szans na statuetkę Amerykańskiej Akademii Filmowej, w mojej ocenie, jest wymarzony. Po pierwsze jest o Żydach, pod drugie jest łatwy w odbiorze i ubrany w kostium thrillera, po trzecie prezentuje oscarowy poziom. "Poziom oscarowy" nie należy traktować jako komplement, rzecz jasna.

Tym bardziej warto zobaczyć ten film. Ogląda się go dobrze, porusza ważne treści, zrobiony i zagrany jest porządnie.


Pokłosie
reż. Władysław Pasikowski, 2012

Moja ocena: 7 /10

środa, 21 listopada 2012

Przyjemny, przystępny, nieszkodliwy

W tych trzech słowach mogę opisać najnowszy film Piotra Trzaskalskiego. „Mój rower” to wręcz familijna historia o wzajemnych relacjach dziadka, ojca i syna, którzy w obliczu niecodziennej sytuacji zmuszeni są ze sobą przebywać kilka dni. Co z tego wszystkiego wynika pisać nie muszę, bo bardzo łatwo się tego domyśleć. To dzieło po prostu oryginalnością nie porywa. Jest ono ciepłe, proste i przyjemne, a do tego skierowane dla szerokiej grupy odbiorców.


Cała historia jest nieskomplikowana, łatwa w odbiorze, okraszona sporą dawką życzliwego humoru. Sporo w niej naiwności, skrótowości, uproszczeń. Wszystko to chwilami kłuje w oczy, lecz te chwile są na tyle krótkie, by w ekspresowym tempie mógł je zalać miód wylewający się z ekranu, przed którym należy się zrelaksować. 

Poruszane tutaj treści najwyższych pułapów nie osiągają, wręcz przypominają trochę seriale lub wesołe bajki dla dzieci. Nie ma tu też przesadnej powagi, więc – wiedząc na co się wybierajmy – możemy to wszystko wybaczyć reżyserowi mrugającemu co rusz zza ekranu prawym okiem do widza.

Całość jak najbardziej znośna, kupy w miarę się trzyma i wykonana jest przyzwoicie. Oglądało mi się ją dobrze, więc wielbicieli polskich filmów od niej odstraszać nie muszę. Ja po wyjściu z kina miałem świadomość, że nie było to zbyt wysmakowane artystycznie dzieło, lecz mimo wszystko z seansu byłem zadowolony, czego i Wam życzę.


Mój rower
reż. Piotr Trzaskalski, 2012

Moja ocena: 5 /10

wtorek, 15 maja 2012

Strajk

Uf. Wreszcie udało mi się obejrzeć dobry film. Przeciwko wszystkim innym strajkuję! Już mam powyżej dziurek od nosa porządnych obrazów na jedno kopyto, których w ostatnim czasie widziałem kilka.


"Wtorek po świętach" - niby jeden z najlepszych rumuńskich filmów ostatnich lat. Okazał się wydumanym gniotem, który nie dość, że wałkuje bezpłciową historię, to jeszcze nie ma nic do powiedzenia i w wielominutowych ujęciach czeka, aż zesnobowany widz sam sobie coś dopowie będą przekonanym, że ogląda intelektualne, ambitne kino. W dodatku cały filmowy świat zdaje się krzyczeć z ekranu, jaki to w Rumunii jest dobrobyt. My i tak wszyscy wiemy, że tam furmanki z napitymi woźnicami jeżdżą po ulicach.


"W ciemności" to także taki film, że jak go nie obejrzycie, to niczego nie stracicie. W ogóle tematyka poruszana przez "polskie superprodukcje" zaczyna robić się chora. Od II wojny światowej minęło już 70 lat, a nasi szanowni twórcy filmowi dalej grzebią w jej brudach i szukają dla siebie pożywienia. To robi się ohydne. Czy Amerykanie też jeszcze ciągle kręcą filmy o wojnie w Wietnamie? A nawet jeśli, czy za 30 lat nadal będą to robić? Jakby tematów aktualnych, współczesnych było mało. Jakby współczesna Polska była pozbawiona materiału na dobre kino. A wystarczy spojrzeć - śmierć papieża, Smoleńsk, czy jakieś obecne Euro paranoje. Tak tylko - pierwsze z brzegu materiały na "wielkie kino narodowe", a zamiast tego, oni swoje... niech najlepiej nakręcą mega hit o ślubie Mieszka z Dobrawą. Nie dość, że całe "W ciemności" to formalna kalka setek innych filmów wojennych, to jeszcze zachowania bohaterów były jak dla mnie do bólu irytujące. Masakra. Zobaczcie sobie lepiej "Kanał" Wajdy.

Jednak głównym tematem tego wpisu miał być doskonały "Strajk" Eisensteina. To dzieło aż chce się oglądać. Ono żyje na ekranie pełnią życia. Oddycha poprzez genialny montaż i świetne tempo. W tym wszystkim szybko rodzi się pierwszorzędna dramaturgia, którą dodatkowo wzbogacała - w wersji, którą widziałem - świetnie dopasowana muzyka.



Pełno tu nowatorskich, jak na tamte lata, rozwiązań formalnych. One zaś, w znakomitej większości zrodzone zostały z potrzeby realizacji wizjonerskich pomysłów na opowiedzenie kolejnych wydarzeń oraz wzbogacenia ich poprzez komentarze. Całość bardzo czytelna przykuwa to srebrnego ekranu i z zaskakującą łatwością daje się pochłaniać. Sama również pochłania prowadząc dialog z widzem, przekonując go do sobie.

Po seansie aż chce się wywiesić czerwony sztandar na balkonie.

reż. Sergei M. Eisenstein, 1925

Moja ocena: 9 /10

niedziela, 22 kwietnia 2012

Maraton tańca

Poszły konie po betonie

Obiektywnie wysoko ocenić go nie mogę, jak niestety prawie każdy nowy polski film ostatnich lat, jednak moja wielka sympatia dla rodzimego kina pozwala cieszyć się każdą taką produkcją. Przy okazji nich, mimo ich pewnych niedoróbek, aż chce się pisać pochwały... więc zaczynam.

I w tym momencie pisania tej recenzji całkowicie się zaciąłem. Znaleźć miałem jakieś superlatywy tego filmu, pojedyncze ujęcia dla których warto sięgnąć po ten tytuł. Miałem uzasadnić, dlaczego oglądało mi się go przyjemnie, dlaczego jest on coś wart. Jednak, w miarę zastanawiania się nad tym, wynajdywałem co raz to nowe wady, zwracałem uwagę na co raz więcej elementów, które stoją na słabym poziomie. Ostatecznie doszedłem do tego, że mi najbardziej podobały się często niezwykle trafne i umiejętnie przemycone obserwacje przedstawionej społeczności oraz pojedyncze zabawne ujęcia. Chłopi z kuflem w dłoni modlą się, by po słowie "Amen" szybko zamoczyć usta w złocistym trunku... albo... no, właśnie, już mi wypadły z głowy... ale jeszcze parę razy podczas seansu się uśmiechnąłem. A poza tym...



Pierwsze skojarzenie - "Czyż nie dobija się koni?" z 1969 roku. I słusznie, w "Maratonie tańca" główny motyw jest ten sam, ewidentnie zapożyczony z filmu Pollacka, jednak jedynie stanowi on tło dla innych wydarzeń. Na pierwszym planie nie obserwujemy samego konkursu, ale to, co dzieje się wokół tytułowego maratonu oraz za jego kulisami. Mamy tu więc typowo wiejski festyn. Zaproszona gwiazdeczka olewa publiczność i śpiewa z playbacku, kilka osób ma radochę i buja się na prawo i lewo w rytm muzyki, inni piją piwo i oglądają wszystko z boku.

Główną treścią nie są obserwacje życia małego miasteczka, ale jego bohaterowie. Rodzące się nowe i odżywające stare konflikty, są marzenia o wielkiej wygranej, większe lub mniejsze problemy natury osobistej. Do tego przekręt związany z okrągłą sumką pieniędzy, porachunki gangsterskie i jedna scena rozbierana.


Niedoróbki są typowe dla średniej jakości polskiej produkcji. Tu nie zgadzają się ujęcia, ich kolejność, oświetlenie kadrów, tam coś zgrzyta w autentyczności, w porze dnia albo w dźwięku. Jeżeli chodzi o scenariusz, to wszystko przyjąłem, co mi podano, ale nadprzyrodzone moce, anioły i inne takie za bardzo nie pasowały, o braku wiarygodnej psychologii postaci i co najmniej ciekawych relacjach przyczynowo-skutkowych nie wspominając. O głębszym sensie tego wszystkiego, też nie.

Ogólnie całość oglądało się dosyć przyjemnie. Jeżeli ktoś - tak jak ja - lubi obcować z wątpliwej jakości nowym polskim kinem, wyłowić może dla siebie także kilka celnych ujęć oraz scen, które prawdopodobnie zaraz po seansie ulegną zapomnieniu... jak i cały film.


Maraton tańca
reż. Magdalena Łazarkiewicz, 2010

Moja ocena: 3 /10

piątek, 30 grudnia 2011

W zawieszeniu

On żyje, ale co to za życie!?

Na samym początku to jest czeski film. Ma się wrażenie, że przełączyło się na inny kanał, że weszło się godzinę spóźnionym do sali kinowej. Więcej, cały czas coś się dzieje, o coś chodzi, ale my jeszcze nawet nie wiemy, kto jest kim i co to w ogóle ma być.

Na szczęście później są napisy początkowe, duży tytuł i wstęp tuż po nim. Sytuacja wyjściowa jest następująca - skazany za działalność w AK, Marcel ucieka z więzienia i gubiąc tropiące go UB odwiedza swoją potajemnie poślubioną ukochaną. Los sprawia, że nie ma dalej dokąd uciec i zostaje u niej w piwnicy...



Dni mijają, nadzieja na zmianę sytuacji politycznej umiera. Wyjście z piwnicy grozi śmiercią. Bohater cierpi - czeka, choć sam nie wie na co.

"To bez sensu [...] co ja udaję."
"Ja tu leżę jak ziemniaki, jak węgiel."
"Boję się odejść, boję się zostać!"

Dzięki fantastycznej grze aktorskiej (Radziwiłowicz i Janda), emocje żyją na ekranie. Problemy bohaterów rosną, oni sami kolejno upadają i pomagają sobie wzajemnie się podnosić. Sytuacja tragiczna nie daje szans na rozwiązanie, a kolejne dni przynoszą nowe komplikacje.



Wszystko pokazane jest subtelnie. Dramaturgia kolejnych wydarzeń jest umiejętnie oddawana dzięki znakomitemu scenariuszowi i jeszcze lepszej reżyserii. Mimo, że był to debiut reżyserski Waldemara Krzystka, poziom umiejętności zaprezentowany w tym filmie jest mistrzowski.

Muzyka jest bardzo niepokojąca, szarpana. Utrzymuje nastrój strachu. Doskonale się sprawdza. Także wielką rolę w tym dziele ma dźwięk. Zaznacza się on szczególnie w ostatnim ujęciu. Kamera się cofa, ostrość zostaje bez zmian, więc pierwszy plan stopniowo się rozmywa i w powietrzu unosi się tylko cisza przerywana tykaniem starego zegara.

Wspaniałe dzieło!
Przyznaję mu znak jakości "KYRTAPS Poleca!".

Symbol "KYRTAPS Poleca!" od 2007 roku przyznaję mało znanym filmom wyróżniającym się pod względem artystycznym. To drugi i ostatni przyznany znak w 2011. Więcej informacji na ten temat znajdziecie tutaj.



W zawieszeniu
reż. Waldemar Krzystek, 1986

Moja ocena: 9 /10

piątek, 25 listopada 2011

Nic

Pół filmu.

Ogólnie przyjęta zasada brzmi następująco: najpierw kończymy pisać scenariusz, później kręcimy na jego podstawie film. Niestety, w przypadku dzieła Doroty Kędzierzawskiej, najwidoczniej została ona złamana.



W efekcie czego, powstała bardzo dobra połowa filmu. Pierwsze 50 minut, bo o nich mowa, są  przekonujące. Ciekawie wyreżyserowane, sfotografowane(!) i zagrane. Przemawiają do widza w sposób prosty, ale trafny. Na ekranie są emocje, jest psychologia. Problemy rodzą się powoli, widz krok po kroku zostaje wprowadzony w świat filmowy samemu będąc angażowanym emocjonalnie.



Niestety, po bardzo dobrych pierwszych 50 minutach jest cięcie i komunikat - "nie mamy pomysłów na resztę" albo "sorry, nie zdążyliśmy napisać do końca scenariusza", tudzież "skończył nam się budżet, kończymy w godzinę i 13 minut". I tak robi się czeski film. Każda kolejna scena jest mniej zrozumiała i dopracowana. Kolejne wydarzenia zamykające fabułę i rozwiązujące akcję są napomniane, wypunktowane. Całość nie dość, że zaczyna kuleć, to na dodatek utyka w pewnym miejscu i nie może się skończyć, podczas gdy producent krzyczy "koniec taśmy, idziemy do domu".

Nic
reż. Dorota Kędzierzawska, 1998

Moja ocena: 5 /10

niedziela, 23 października 2011

Baby są jakieś inne

Baby, ach te baby.

Zachęceni cyckami na plakacie młodzi i starzy, łyse dresy, mądrzy i głupi Polacy gremialnie maszerują do kin na nowy film Marka Koterskiego. Już od pierwszych minut, gdy z ekranu pada pierwsze, klasyczne "kurwa", słyszy się ryk spadającej z foteli młodzieży. Później, gdy bohaterowie filmu jadą, nic się nie dzieje, tylko jadą, nie wysiadają wcale z samochodu, mija godzina, wciąż jadą i gadają, młodzież zasypia i przebudza się tylko na dźwięk ulubionego, staropolskiego słowa. Reasumując - dobrze zareklamowany film, chętnie oglądany w kinach, zbija kokosy, więc przed pójściem na seans najlepiej upewnić się, że na wybraną przez nas godzinę na sali nie będzie prawie nikogo, aby w spokoju móc obejrzeć "Baby".



Sam utwór całkiem niezły. Bohaterowie, choć co prawda nie dojeżdżają do żadnego celu, nic się w nich nie zmienia, nie potrafią spojrzeć z innej perspektywy niż ich, wąska, własna, odrobinę wypaczona, to sama podróż przez rozmowę jest dostatecznie wartościowa, aby na ekran mogły wypłynąć liczne żale samców. A, moim zdaniem, najlepsze w tym wszystkim jest to, że obraz Koterskiego wytyka przywary i dziwaczne zwyczaje kobiet w sposób, który jednocześnie ukazuje ułomności oraz krótkowzroczność przedstawicieli płci, która je wypowiada (mężczyzn).



Całość ogląda się dobrze, bo styl rozmowy bohaterów jest literacki, niezwyczajny. Drugi (Robert Więckiewicz), szczególnie na początku, mówi dokładnie tak, jak Adaś Miauczyński w "Dniu Świra". Pierwszy (Adam Woronowicz) to filozof posiadający nie tylko sporą wiedzę o świecie, ale także własne na jego temat przemyślenia. W efekcie ich dialog to chwilami żywcem wyrwane tematy z podręcznika do psychologii, monologi frustratów oraz żale mężów z kilkunastoletnim doświadczeniem. Ponadto w dziele Koterskiego znajdują się sceny utrzymane w poetyce onirycznej oraz elementy dodające wydarzeniom znaczenia metaforycznego. Zachowania kobiet są mocno przerysowane tak, by potwierdzały teorie, które padają na ich temat w samochodzie.

Całość dla mnie zdecydowanie zabawna, ozdobiona barwnymi teksami i delikatnym, prawie niesłyszanym podkładem z fragmentów utworów Chopina. Film w miarę równy, choć mógłbym wskazać jeden przestój, który w tak skonstruowanej fabule szczególnie daje się odczuć.

Warto zobaczyć.



Baby są jakieś inne
reż. Marek Koterski, 2011

Moja ocena: 6 /10

poniedziałek, 21 lutego 2011

Las

Polskie „Valhalla Rising”. Nie, nie. Nie ma tu Wikingów, nikogo nikt nie morduje, nikt Ameryki nie odkrywa. To film podobny pod względem charakteru, nie fabuły.

Bo to także jest jedna wielka metafora. Dzieło otwarte na różne interpretacje. Kino kontemplacyjne pozwalające widzom smakować przepięknych zdjęć jak zwykle świetnego Adama Sikory, wsłuchiwać się w doskonale dobrane i zmontowane dźwięki oraz rozmyślać, rozmyślać, zagłębiać się w symbolikę.



Ojciec syna prowadzi przez las, syn ojcowi jest podporą w ostatnich dniach jego życia. Brak słów - same obrazy, gesty, spojrzenia i... emocje! Doskonale uchwycona więź między bohaterami, wzajemna miłość i troska.

Dzieło nietypowe. W wielu recenzjach i komentarzach spotykam się ze zdziwieniem, że na tak niecodzienny film zgodzili się producenci, że dali Dumale wolną rękę i całkowitą swobodę artystyczną. Czy to aż takie dziwne? Widocznie u nas tak.



Moje oczekiwania wobec tego obrazu były spore, ale zostały w pełni zaspokojone. Skrajnie nieprzystępne to kino, kierowane tylko dla wąskiego grona odbiorców... skrajnie nieprzystępne, ale jednocześnie niesamowicie piękne, w które kto się zanurzy, zyskać może niezapomniane doznania duchowe i estetyczne.

Skoro już nawiązałem do poprzedniej mojej recenzji, to odpowiem na pytanie - „Valhalla Rising” czy “Las”? To kwestia indywidualna. Mi bliższy jest facet z kijem w polskim lesie, niż Wiking z mieczem na szkockich wzgórzach. Tym bardziej, że u Dumały dłużyzny nie są puste, a ewentualne porównania do Tarkowskiego lub Tarra, moim zdaniem, trafione, a podobieństwa wyraźne.

„Las” bardzo mi się podobał. Piękny film.



Las
reż. Piotr Dumała, 2009

Moja ocena: 8 /10

sobota, 11 grudnia 2010

Zabicie ciotki

„Postanowiłem codziennie chodzić do kina, żeby jak największą część życia spędzić w letargu.”

„Dwudziestoletni student, Jurek, spowiada się z popełnionych w ciągu siedmiu lat grzechów i wyznaje, że zabił ciotkę. Ponieważ nie żałuje swego czynu, ksiądz odmawia mu rozgrzeszenia, ale obiecuje, że będzie na niego codziennie czekać.” – tak zaczyna się opis strasznie mało popularnego filmu nie tyle nieznanego, co chyba skutecznie zapominanego i chowanego w kąt reżysera-artysty-wariata polskiego kina – Grzegorza Królikiewicza.

„Zabicie ciotki” opisać mogę skojarzeniami z innymi ciekawymi filmami polskiej produkcji. W zasadzie przypomina mi to przyciszony miks nagrodzonych znakiem jakości KYRTAPS Poleca! „Jak daleko stąd, jak blisko” Konwickiego oraz „Trzeciej części nocy” A. Żuławskiego. Wydaje mi się, że to skojarzenie powinno dostatecznie zmotywować czytelników tego tekstu, do sięgnięcia po wszystkie trzy, z rzuconych w tym akapicie tytułów – wszystkie są znakomite.

Samo „Zabicie ciotki” jest senne, mgliste i gęste. Poza dźwiękami wydawanymi przez głównego bohatera krzątającego się po domu, słychać jego monologi i myśli komentowane dźwiękiem audycji radiowych oraz telewizyjnych.

Taka trochę to „Zbrodnia i kara”, ale bohater nie ma wyrzutów sumienia. Więcej, zbrodnia jest dla niego spełnieniem(?). Stanowi chwilowy sens życia, wypełnia je treścią. Dzięki niej, temu, że wysyłanie pocztą w paczkach żywnościowych pociętych na drobne kawałki zwłok, wypełnia mu dzień, nie ma poczucia nudy ani tego, że każdy dzień jest taki sam, jak poprzedni. Ukrywanie zbrodni zapewnia mu odpowiedni poziom adrenaliny we krwi, której tak bardzo pragnął.

Ciotka była dla niego dobra – sam to przyznaje. Nic do niej nie miał. Jedynie zagłaskiwała go na śmierć oraz odbierała poczucie całkowitej wolności(?).

W dalszej części filmu bohatera coś jednak gryzie. Ostatecznie spowiada się, ale nie księdzu, a poznanej dziewczynie, którą następnie wciąga w swój świat nieuporządkowanych emocji.

Na wszystko, co przedstawia Królikiewicz trzeba jednak zachować margines bezpieczeństwa, bo trudno nie oprzeć się wrażeniu, iż wszystko nie jest do końca poważne, nie jest do końca na serio.

A z rzeczy, które mi się nie podobały, wymienić mogę grę czasem – co było wcześniej, co później. Jakoś do końca mi nie grało... Co nie zmienia faktu, że „Zabicie ciotki” to film bardzo ciekawy i bardzo dobry.


Zabicie ciotki
reż. Grzegorz Królikiewicz, 1984

Moja ocena: 8/10