Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Haneke. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Haneke. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 listopada 2012

Miłość

Podzieliłbym ten film na dwie części. Część główną, prawie dwugodzinną, oraz cześć drugą, zawierającą ostatnie 10-15 minut… nazwę ją haneke’owską. O części drugiej napisałem na końcu tego tekstu.

W części pierwszej obserwujemy zwykłych ludzi, którzy prowadzą zwykłe życie. Równie dobrze to mogliby być nasi rodzice lub my. Ukazana została prostota codzienności. To w niej dostrzec można miłość, jaką darzy się małżeństwo w podeszłym wieku. Haneke ucieka od sprowadzania tytułowego uczucia do zauroczenia, zakochania. Nie ma tu nastolatków, randek, pocałunków, romantycznych gestów. Miłość to wzajemny szacunek, otwartość na drugiego człowieka i dobro, jakim się go obdarza. Objawia się ona na ekranie poprzez zakładania płaszcza, wspólne posiłki, wspólne pasje bohaterów.

Jak pokazuje to dzieło, prawdziwa miłość ma wielką moc. Może ona wręcz stanowić sens życia. Dzięki niej człowiek jest w stanie znieść wiele - od bólu istnienia, przez ból fizyczny. W filmie jest piękna scena, w której bohaterka krzyczy „boli!”, a jej krzyk ustaje dopiero, gdy mąż siada obok i łapie ją za rękę.

To niezwykłe, jak Hanekemu udało się dostrzec piękno trudu pokonywania kolejnych dni życia. I tych, w których jest się szczęśliwym, i tych, gdy przychodzi choroba. Zarysowana przez niego sytuacja dramaturgiczna uderza swoją przyziemnością i prostotą. Jest wydarta prosto ze zwykłego mieszkania zwykłych ludzi. Osobiście również byłem świadkiem wylewu, który spotkał nagle mojego dziadka, więc tym bardziej to do mnie trafiło.

 

Dla nas Niemcy są mistrzami dokładności, zaś dla Niemców niedoścignionym wzorem w tym względzie są Austriacy. Haneke z chirurgiczną dokładnością uszył na miarę cały swój film. Każda scena, każdy dialog i wydarzenie zostało dokładnie zaplanowane i stanowi fragment układanki budującej tło dla emocji i wydarzeń. Chyba wszystkie fakty, jakie poznajemy na temat życia bohaterów, są później wykorzystane do uargumentowania emocji i zachowań. Niesamowite.

Styl typowy dla Mistrza Michaela. Długie, statyczne ujęcia z doskonale zaplanowanym ruchem i miejscem  wszystkich elementów w kadrze. Wręcz zalatywało Bressonem. Jednak czy aby na pewno końcówka filmu wynika z poglądów autora? Treści, jaką chciał nam przekazać? Ostatecznej wymowy, jaką chciał mu nadać? Czy może jest ona zabiegiem obliczonym na wywołanie kontrowersji? Na utrwalenie wizerunku autora, który opowiada o ciemnych zakamarkach ludzkiej duszy?

[spojlery – dalsza treść zdradza zakończenie filmu]

Niby bohater nie był wstanie już dalej dźwigać swojego krzyża. Niby także trochę podupadł na zdrowiu, ale żeby podczas pierwszych chwil słabości dokonać morderstwa... Nie wydaje mi się, żeby on to zaplanował, żeby o tym myślał. Czyli to było w przypływie chwili? Chciał jej oszczędzić cierpienia? Dokonał eutanazji, gdyż ona tego chciała, co przekazywała odrzucając jedzenie i picie? Nie kupuję tego zupełnie.

Mgliste jest także to, co się stało z bohaterem. Co on sobie po tym wszystkim myślał? Czy miał wyrzuty sumienia? Tulił się do gołębia, bo to niby ona? Pisał jakiś list, pamiętnik, ale coś z nim dalej albo po co go pisał? Za dużo tu rzuconych scen symboli-zagadek. Za dużo trzeba sobie samemu dopowiedzieć.

W końcówce także znalazły się zbędne ujęcia. Niepotrzebne było pokazywanie w wielominutowych ujęciach, jak zakleja taśmą drzwi i przygotowuje jej „pochówek”, skoro to wszystko widzieliśmy w pierwszej scenie. Siadła w tym momencie dramaturgia. 


Reasumując. Prawdziwa perełka współczesnego kina. Szkoda, że zraniona drobnym uszczerbkiem, jakim jest słabsze i, moim zdaniem, obliczone na rozgłos zakończenie.

reż. Michael Haneke, 2012

Moja ocena: 8 /10