Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nieznane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nieznane. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 sierpnia 2016

Zawieszony krok bociana



Kino najwyższej próby. 

Wystarczą dwa zdania, aby streścić całą fabułę tego filmu. Jeżeli opowiemy komuś o tym dziele streszczając jedynie zawarte w nim wydarzenia i fakty, może on dojść do wniosku, że jest to film nieciekawy. Nie jest to masowe, pełne fajerwerków scenariuszowych kino, które, łechcząc widza, z każdej strony sypie żartami, zwrotami akcji i cudami nie z tej ziemi... bo nie o fabułę tu chodzi, lecz jej bohaterów oraz o to, jak reżyser filmu prowadzi dialog z widzem.


Jest to bowiem jedno z najwyższych osiągnięć sztuki filmowej. Film, który ogląda się, jak życie. Dzięki doskonałemu tempu, narracji, specyficznemu rodzajowi ujęć i scen, widz przechodzi przez otwarty ekran do środka świata filmowego. Staje się częścią tego miejsca i tego czasu. Bohaterowie filmu są dla widza prawdziwymi ludźmi, których poznaje podczas seansu. Emocje bohaterów obchodzą widza, jak uczucia znajomych, przyjaciół, bliskich. Razem z bohaterami filmu, widz przeżywa fragment ich życia. Poprzez seans, doświadcza życia innych tak, jakby sam miał w nim swój udział. Dzięki temu, wychodzi on z seansu bogatszy.

"Zawieszony krok bociana" trafia w samo sedno istoty sztuki filmowej. Rozwija u widza poczucie piękna. W sposób nieoczywisty, opowiada o duchowości i dążeniu do szczęścia oraz ideałów. Stawia pytania, na które nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Portretuje relacje międzyludzkie wzbudzając u widza empatię. Wreszcie, już całkiem przyziemnie, porusza (w 1991 roku!) temat problemu uchodźstwa i emigracji. Nawet pojawia się tu historia o wędrówkach ludów spowodowanych zmianami klimatu (!?). Wreszcie, są tu osobiste problemy, dramaty, wątpliwości i ból.

Wiele jest tu doskonałych scen, jak ta ze ślubem pomiędzy panną i panem młodym, stojącymi po przeciwnych brzegach rzeki granicznej. Nie ma zbędnych przyśpieszeń. Wszystko trwa naturalnie długo, wiele ujęć nawet kilka minut, a każdy element kadru ma swoje znaczenie. Sporo tu metafor, drugich i trzecich znaczeń. Nic nie pada wprost z ekranu, bo nic nie jest czarno-białe, jak to w życiu.


Bohaterowie są ludźmi z krwi i kości. Posiadają wady i zalety, przeżywający chwile szczęścia i bólu. Gra aktorska to popisy Patrikareasa, Mastroianniego i Moreau, które nie wylewają się z ekranu na widza, lecz ich geniusz objawia się w detalach, drobnych grymasach, a przede wszystkim w tym, że każdy z nich posiada swoją treść, znaczenie. Tu nie ma wydmuszek.

O reżyserii pisać nie będę, bo wszystko, co napisałem wyżej, układa się w laurkę dla Angelopoulosa. Pochwalę jeszcze muzykę, która podkreśla poetyckość najpiękniejszych ujęć.

Wspaniały! Arcydzieło!

"Zawieszony krok bociana" nagrodziłem znakiem jakości KYRTAPS Poleca!


Zawieszony krok bociana
reż. Theodoros Angelopoulos, 1991

Moja ocena: 10 /10

Ruda wiewiórka

...czyli Almodovar by tego nie wymyślił.



Cała historia jest nieco postrzelona, jakby narodziła się w głowie wariata. I tak właśnie się ją ogląda. Pasują do niej bohaterowie, którzy do najbardziej normalnych nie należą. W powietrzu unosi się psychodeliczna atmosfera, która utrzymuje się cały film, budując u widza uczucie niepokoju. Bohaterowie są w ciągłym zagrożeniu, choć nikt ich nie goni. Realizują swoje chore plany posługując się kłamstwem.


Nic nie jest tu oczywiste. Widz cały film jest umiejętnie zwodzony przez twórców filmu. Jeżeli coś wydaje się zrozumiałe i już wyjaśnione, prędzej czy później okaże się, że było zupełnie odwrotnie. Mimo, że historia jest dosyć karkołomna, całość układa się w spójny i logiczny obraz. Nawet najbardziej niewiarygodne zagrania i wątpliwości widza, od razu są wyjaśniane i uzasadniane.

Utrzymuje się atmosfera napięcia, a niektóre sceny są niczym wyrwane z dobrego dreszczowca. Sporo tu metaforycznych ujęć i symboli. Wiele wyjaśniają liczne sceny oniryczne. Nie brakuje także odrobiny surrealizmu.


Dominuje jednak chory romans pomiędzy dwojgiem głównych bohaterów. Ona ma wypadek na skuterze i traci pamięć. On wykorzystuje to, wmawiając jej, że jest jej facetem i że mieszkają razem.

Zdjęcia i muzyka jakoś szczególnie nie zachwycają, wręcz nie zwraca się na nie uwagi podczas oglądania filmu. Reżyser też jakoś szczególnie nie popisuje się autorskimi zagraniami. Tempo filmu jest dość duże, ale dłuższych pauz nie brakuje, bo ten szalony wir pasuje do treści oraz do niezwykle karkołomnej i odjechanej historii dwojga bohaterów, ich wzajemnych gierek w chorej relacji. To własnie scenariusz sprawia, że ten film jest tak wyjątkowy, unikalny, oryginalny. To on gra tu pierwsze skrzypce. Sprawia, że ten obraz ma szansę zrobić na Was wrażenie podczas seansu, a myśl o nim może pozostać z Wami nieco dłużej po seansie. Zrozumieć zachowania bohaterów i odnaleźć w nich cząstkę siebie na pewno będzie bardzo trudno, jednak całość jest dosyć przekonująca, więc jest w niej jakaś prawda.

Dzieło Julio Médema jest mało znane w Polsce, a szkoda, bo to kawał oryginalnego, bardzo dobrego kina, które postanowiłem wyróżnić, nagradzając znakiem jakości KYRTAPS Poleca!


Ruda wiewiórka
reż. Julio Médem, 1993

Moja ocena: 8 /10

czwartek, 6 sierpnia 2015

Dziwny przypadek Angeliki

Młody fotograf przyjeżdża do domu rodzinnego pięknej dziewczyniny zrobić jej kilka zdjęć. Zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia. Niestety, nie może się z nią związać. Co ciekawe, największą przeszkodą na drodze do ich szczęśliwego związku nie jest fakt, że ona niedawno wyszła za mąż, ale to, że... jest martwa.


Jak wskazuje tytuł, ten film jest trochę dziwny. Bohater, niczym opętany zauroczeniem, cierpi, miewa omamy. Pozostaje mu wierzyć w miłość po śmierci, bo spotkanie z Angeliką było dna niego destrukcyjnym, niczym połączenie materii z antymaterią – wytworzyła się czysta energia.

Trywialnym byłoby wychwalanie w tym miejscu pięknych, malarskich zdjęć, doskonale dobranej i wpasowanej muzyki oraz niezwykłego wyczucia reżyserskiego, zatem nie będę tego robił. W ramach ciekawostki nadmienię tylko, że w dniu premiery reżyser tego dzieła - Manoel de Oliveira – miał 102 lata, a „Dziwny przypadek Angeliki” nie był jego ostatnim filmem.

Całość jest bardzo estetyczna, mało przyziemna, poetycka.

Smakołyk dla koneserów.


Dziwny przypadek Angeliki
reż. Manoel de Oliveira, 2010

Moja ocena: 7 /10

wtorek, 28 lipca 2015

Sezon na kaczki

To jeden z tych filmów, które mają wszystkie niezbędne cechy, aby stać się kultowymi. „Sezon na kaczki” jest czarno–biały, a jego akcja dzieje się jednego dnia, w dwóch pomieszczeniach jednego małego mieszkania. Na ekranie obserwujemy czterech zwyczajnych bohaterów, którzy na dodatek... nie mają za dużo do roboty. Atmosfera jest jakaś dziwna, senna. Niby nic się nie dzieje, a człowiek patrzy się na ekran jak zahipnotyzowany... albo jak bohaterowie na obraz z kaczkami.

Z "Sezonem na kaczki" kojarzą mi się różne inne, dające się równie bardzo lubić, kultowe filmy – „Klub winowajców”, „Sprzedawcy”, „Stań przy mnie”.



Sezon na kaczki” kultowym jeszcze nie jest, gdyż w Polsce mało kto o nim słyszał. Tym bardziej, zachęcam do jego obejrzenia. Niech nie zniechęci was fakt, że wolno się rozkręca, a kolejne ujęcia i sceny toczą się powoli, sennie, bo to dzięki nim możemy wpaść w pewnego rodzaju letarg, wkraczając emocjonalnie w świat bohaterów.

A są nimi dwaj nastolatkowie, którzy wykorzystują nieobecność rodziców, aby pograć w strzelanki na konsoli i przegryźć chipsy popijając kolą. Przerywa im pukanie do drzwi nastoletniej sąsiadki, która chce skorzystać z piekarnika, aby upiec ciasto. Na dokładkę wpada jeszcze dostawca pizzy.

Nie, nie. Nic z tego. Nadal nic się nie dzieje. Nawet długie przerwy w dostawie prądu nie przerywają leniwej atmosfery obijania się i wspólnego siedzenia. 



Jednak to tylko pozory. Dla każdego z bohaterów ta niedziela jest bardzo ważna. W gruncie rzeczy, wystarczy, że tylko wspólnie siedzą, bo czują się ze sobą dobrze. Jak kaczki lecące w kluczu wspierają się w locie przez życie. Potrzebują tego, bo każdy z nich ma swoje problemy i wątpliwości. Każdy z nich dorasta, zmaga się z pytaniami dotyczącymi zarówno swojej przyszłości, jak i przeszłości. Wybiera drogę w życiu stojąc na rozdrożu. Nic dziwnego zatem, że (nienachalnie, bardzo naturalnie) przewijają się tu takie tematy, jak kłopoty rodzinne, rozwód, rozstanie. Jest tu poruszany problem niezrozumienia w domu, niemoc odnalezienia się w roli, jaką obecnie się w życiu pełni. Są też pierwsze fizyczne doznania oraz pytania o tożsamość seksualną. Pojawiają się podczas tego spotkania, do tej pory trzymane przez bohaterów głęboko w sobie, emocje. A wszystko to rozgrywa się tak, jakby nigdy więcej nie miało się powtórzyć. To pierwsze i jedyne ich spotkanie. „Nie będzie już więcej niedziel”.

Podsumowując, prosta forma, mnóstwo życiowej mądrości, niepowtarzalny klimat i sporo humoru.


Film został nagrodzony znakiem jakości „KYRTAPS Poleca! przyznawanym od 2007 roku mało znanym filmom wyróżniającym się pod względem artystycznym. Poprzednio znak jakości został przyznany w 2012 roku filmowi Alaina ResnaisaWujaszek z Ameryki”. 


Sezon na kaczki
reż. Fernando Eimbcke, 2004

Moja ocena: 8 /10

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Czarne słońca

Film ten jest niesamowity, oryginalny, punk rockowy, industrialny, bardzo wyrazisty. Pełno w nim dymu i niepokojącej muzyki Kultu. Znajdziecie w nim sporo nieoczywistych, często metaforycznych treści, trochę pokręconą, oderwaną od ziemi fabułę.

"Czarne słońca" to jedno z tych dzieł, które można pokochać lub wyłączyć po dziesięciu minutach, ale na pewno trzeba je docenić. Jaka będzie Wasza reakcja? Przekonajcie się sami:

 
Czarne słońca
reż. Jerzy Zalewski, 1992

piątek, 28 czerwca 2013

Like Someone in Love

Moim zdaniem, warto obejrzeć najnowszy film Abbasa Kiarostamiego, laureata znaku jakości "KYRTAPS Poleca!" za film "Smak wiśni" z 1997 roku. Zdziwiło mnie niskie do tej pory zainteresowanie produkcją z 2012 roku oraz jej bardzo słaba średnia ocen w serwisie FilmWeb.pl, więc postanowiłem napisać tutaj kilka słów, aby zachęcić do obejrzenia tego filmu.


Oczywiście, jak to w przypadku wszystkich filmów reżysera z Iranu, nie jest to łatwe, fajne i widowiskowe kino. W zasadzie, oglądając "Like Someone in Love", ma się wrażenie, że nic się nie dzieje. Całość składa się zaledwie kilku długich, powolnych scen pełnych spojrzeń i spokojnych dialogów. Jednak cierpliwy widz z łatwością wciągnie się świat Akiko i z przyjemnością będzie obserwował to, co dzieje się między młodą prostytutką oraz jej klientem, który podaje się za jej dziadka i tak też zaczyna się zachowywać. Bardzo ciekawe interakcje i nieoczywiste emocje ukazano w tym wyrachowanym,  pełnym gracji, bardzo japońskim(!) filmie. Kolejne ujęcia zdają się nie mieć granic, lecz płynnie przechodzą w kolejne. To samo tyczy się scen. 

Do tego mamy do czynienia tutaj z bardzo solidnym wykonaniem, z dobrym aktorstwem i reżyserią wysokiej klasy. Może całość pewnej części ciała nie urywa, ale jest to bardzo porządne kino z niebanalną treścią, utrzymane w wyrazistym stylu narracji.  


Like Someone in Love
reż. Abbas Kiarostami, 2012

Moja ocena: 7 /10

niedziela, 3 lutego 2013

Terraferma

Domini di Terraferma – Ziemia zamknięta

Zachęcam do przyjrzenia się temu ciekawemu i nieoczywistemu filmowi. Uważam, że warto poświęcić mu kilka kwadransów. Dlaczego – postaram się wyjaśnić za moment.

Z jednej strony jest to bardzo przystępna, słoneczna, wakacyjna historia w pięknej scenerii. Linosa, na której rozgrywa się akcja, jest małą, włoską wyspą leżącą między Maltą i Tunezją. Jej powulkaniczna sceneria oraz krystalicznie czysta, morska woda jawi się jako raj dla turystów. Bohaterowie zatem próbują trochę się wzbogacić i wynajmują swoje mieszkanie przyjezdnym. Gości czeka doskonały wypoczynek – rejs łodzią rybacką, zwiedzanie wyspy. Coś zaczyna jakby iskrzyć między synem właścicieli a młodą turystką. Szykuje się wakacyjna przygoda. Ona nawet pyta, czy może się opalać topless… i w tym momencie uderza nas drugie oblicze filmu.


Jest nim ciemne, smutne, problematyczne zderzenie z nielegalnymi imigrantami z Afryki. Przypływają oni na tratwach i pontonach. Często pozostają wiele dni na morzu bez jedzenia, picia, na pełnym słońcu. Ryzykują życie by dostać się do Włoch. Z jednej strony, prawo zabrania udzielania im pomocy. Z drugiej, empatia nakazuje ratować ich zdrowie i życie.

Poruszony został w tym filmie aktualny problem dotykający właśnie te włoskie wyspy. W trakcie tunezyjskiej jaśminowej rewolucji tysiące uchodźców przybywało na Lampedusę i Lionosę. Jednak ten polityczny i społeczny problem został tutaj pokazany od strony mieszkańców wyspy, a dokładnie z punktu widzenia młodego Filippo. Obserwujemy, jak powoli zaczyna się w nim gotować. Uderzają go dylematy moralne, wyrzuty sumienia zaczynają męczyć. Z jednej strony trzeba działać zgodnie z prawem, bo przecież już i tak podpadło się policji. Z drugiej, obowiązkiem człowieka jest ratować drugiego człowieka wołającego o pomoc. 


Te dwa oblicza filmu umiejętnie co rusz zderzane są ze sobą zaskakując widzów, wyprowadzając ich z konwencji. Już wkręcamy się w wakacyjny klimat, robi się miło, romantycznie i BAM, zaskoczenie. Całość niepokoi, dotyka ważnych problemów, a robi to w dość atrakcyjnej formie. Także na pozostałe elementy wykonania narzekać nie można, gdyż stoją na dobrym poziomie.

Nie jest to ani odrobinę ckliwe, czy układne. Czuć powiew świeżości płynący z fabuły oraz formy. Wszystko układa się w jedną, dobrą całość. 


Terraferma
reż. Emanuele Crialese, 2011

Moja ocena: 7 /10

wtorek, 29 stycznia 2013

Pszczelarz

Cztery lata temu przeżyłem niezwykły wieczór filmowy. Mianowicie, obejrzałem dwa niesamowite filmy nieznanego mi dotąd twórcy. Tymi filmami było „Spojrzenie Odyseusza” i „Pejzaż we mgle”, a tym twórcą był Theodoros Angelopoulos. Jego obrazy zachwyciły mnie do tego stopnia, że oba uznałem za arcydzieła oceniając je na 10/10, a dodatkowo „Pejzażowi we mgle” przyznałem znak jakości „KYRTAPS Poleca!”, aby wyróżnić go jeszcze bardziej, choć odrobinę nagłośnić i zarekomendować znajomym.

Od tego czasu, między innymi za sprawą retrospektywy Angelopolusa na festiwalu Era Nowe Horyzonty, na FilmWebie z pięćdziesięciu ocen, zrobiło się pięćset, z dwóch komentarzy, kilkanaście. Filmy Theo ogląda co raz więcej widzów – i słusznie. Także ja wracam dzisiaj do tego wspaniałego kina, poznaję kolejne pozycje z filmografii mistrza, a mój zachwyt nad jego kunsztem nie słabnie.


Pszczelarz” rozpoczyna się sekwencją, która powala na kolana. Każdy kadr, każdy najazd jest dopracowany do perfekcji, co sprawia, że wydobywa on z sytuacji dramaturgicznej niesamowicie wiele emocji.

Ruch w kadrze, praca kamery, gra aktorów zgrane ze sobą w taki sposób, że z tego filmu powinni uczyć się młodzi adepci sztuki filmowej. Moim zdaniem, Angelopulos pokazuje tu taką perfekcję, że chyba tylko w historii kina Robert Bresson może się z nim równać. Nic, tylko podziwiać, zachwycać się i odbierać przekaż, który płynie do nas z ekranu.


W powietrzu coś wisi. Mimo odbywającego się wesela uderza cisza, słychać w niej wewnętrzny ból. Bohater stoi nad przepaścią, życie, a raczej jego sens, właśnie mu się urywa.

Jednak nadzieja umiera ostatnia. Kilka minut później na ekranie, obserwujemy obraz człowieka, który jeszcze choć przez chwilę może pomyśleć, że jest komuś potrzebny, że ma dla kogo żyć. Jego relacje z napotkaną dziewczynką (ile ta aktorka miała lat? była chociaż pełnoletnia?) są chłodne, lecz nie gesty, słowa, ale czyny są najistotniejsze.

Wiele tu symbolicznych scen. Sporo także zwrotów nieoczywistych, zaskakujących widza. Całość jednak wykonana z wielkim wyczuciem estetyki i z umiarem. Tempo hipnotyzuje i nie pozwala oderwać wzroku. Z ekranu bije piękno nie tylko samej historii, ale także sposobu jej zrealizowania. Jeszcze długo po seansie te obrazy wracają w pamięci i nie pozwalają o sobie zapomnieć.

Czysta poezja.


Pszczelarz
reż. Theodoros Angelopoulos, 1986

Moja ocena: 9 /10

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Requiem

Requiem dla bezsennych

Może ktoś powiedzieć, że to kolejny polski niedorobiony film. Będzie miał rację. Dźwięk słaby. Czasami wypowiadane słowa wydają się nie pasować do ruchu warg. Sceny trudniejsze do zrealizowania są wykonane na poziomie produkcji amatorskich. Już podczas pierwszych sekund można się zrazić. Dziewczynki wypowiadają swoje kwestie do bólu sztucznie (jakby recytowały wierszyk), a śmierć jednej z nich pod kołami TIR-a przypomina kino klasy B lub jakąś parodię. Nie ma to jak nasze, niedofinansowane kino. A może to głównie wina twórców, a nie braku pieniądzo-czasu zdjęciowego?

Cała ta historia jest bardzo obrazkowa. Strasznie prosta, wręcz przypomina baśnie takie, jak „Jaś i Małgosia” – dość odważne skojarzenie, ale moje osobiste :-)) Sporo tu także nawiązań do Biblii, które również objawiają się w sposobie opowiadania. Wszystko napisane jak od linijki. Bez zbędnych komplikacji, od początku do końca, jasno i przejrzyście. Tutaj pojawić się mogą skojarzenia z jakąś opowieścią ludową. Poza tym, może kogoś zrazić fakt, że dostaje wszystko na talerzu, ale trudno. 


Jednak to przepiękny film! Wiele w nim metafizyki. Bohaterowie żyją tu na ziemi, fizycznie, ale również obserwować możemy ich życie duchowe. Oni zmieniają się na obu płaszczyznach. Sporo mówią wprost o niebie, piekle, zbawieniu i Bogu, ale ich słowa są dobrze uargumentowane ich działaniem. Na ekranie widać  ludzkie słabości, lęki, wątpliwości i ideały. Sama historia jest dosyć przystępna, przyjemna w odbiorze i ubarwiona kilkoma bardzo pomysłowymi ujęciami. Wiele w niej miejsca na kontemplację piękna przyrody oraz na pochwałę życia zgodnie z naturą. Można się zadumach, a nawet wzruszyć.


"Requiem" o ostatni utwór znakomitego reżysera, Witolda Leszczyńskiego, twórcy takich dzieł, jak „Żywot Mateusza”, „Konopielka”, „Siekierezada”. To film o Bartłomieju, lokalnym mówcy pogrzebowym, który od 40 lat udziela (lub też nie) „rekomendacji” do nieba. To także film o Bartku, który spędza wolne chwile ze swoją krową czytając książkę pt. „Sens życia”. To obraz o listonoszu, który dużo pije. To… dobra, nie będę opowiadać dalej, bo przecież i tak sami film zobaczycie.


Requiem
reż. Witold Leszczyński, 2001

Moja ocena: 7 /10

piątek, 30 grudnia 2011

W zawieszeniu

On żyje, ale co to za życie!?

Na samym początku to jest czeski film. Ma się wrażenie, że przełączyło się na inny kanał, że weszło się godzinę spóźnionym do sali kinowej. Więcej, cały czas coś się dzieje, o coś chodzi, ale my jeszcze nawet nie wiemy, kto jest kim i co to w ogóle ma być.

Na szczęście później są napisy początkowe, duży tytuł i wstęp tuż po nim. Sytuacja wyjściowa jest następująca - skazany za działalność w AK, Marcel ucieka z więzienia i gubiąc tropiące go UB odwiedza swoją potajemnie poślubioną ukochaną. Los sprawia, że nie ma dalej dokąd uciec i zostaje u niej w piwnicy...



Dni mijają, nadzieja na zmianę sytuacji politycznej umiera. Wyjście z piwnicy grozi śmiercią. Bohater cierpi - czeka, choć sam nie wie na co.

"To bez sensu [...] co ja udaję."
"Ja tu leżę jak ziemniaki, jak węgiel."
"Boję się odejść, boję się zostać!"

Dzięki fantastycznej grze aktorskiej (Radziwiłowicz i Janda), emocje żyją na ekranie. Problemy bohaterów rosną, oni sami kolejno upadają i pomagają sobie wzajemnie się podnosić. Sytuacja tragiczna nie daje szans na rozwiązanie, a kolejne dni przynoszą nowe komplikacje.



Wszystko pokazane jest subtelnie. Dramaturgia kolejnych wydarzeń jest umiejętnie oddawana dzięki znakomitemu scenariuszowi i jeszcze lepszej reżyserii. Mimo, że był to debiut reżyserski Waldemara Krzystka, poziom umiejętności zaprezentowany w tym filmie jest mistrzowski.

Muzyka jest bardzo niepokojąca, szarpana. Utrzymuje nastrój strachu. Doskonale się sprawdza. Także wielką rolę w tym dziele ma dźwięk. Zaznacza się on szczególnie w ostatnim ujęciu. Kamera się cofa, ostrość zostaje bez zmian, więc pierwszy plan stopniowo się rozmywa i w powietrzu unosi się tylko cisza przerywana tykaniem starego zegara.

Wspaniałe dzieło!
Przyznaję mu znak jakości "KYRTAPS Poleca!".

Symbol "KYRTAPS Poleca!" od 2007 roku przyznaję mało znanym filmom wyróżniającym się pod względem artystycznym. To drugi i ostatni przyznany znak w 2011. Więcej informacji na ten temat znajdziecie tutaj.



W zawieszeniu
reż. Waldemar Krzystek, 1986

Moja ocena: 9 /10

poniedziałek, 26 września 2011

Ślubowanie

Krzyżem wyważając drzwi kościoła.

Pewnemu wieśniakowi zachorował osioł. Pomodlił się on do Iánsan - pogańskiej odpowiedniczki św. Barbary - i obiecał, że jeżeli uzdrowi Ona osła, w dowód dziękczynienia w święto Barbary przyniesie do najbliższego kościoła na własnych plecach samorobotny, wielki drewniany krzyż.



Film rozpoczyna sekwencja, gdy nasz bohater, niczym Jezus na swojej drodze krzyżowej, pokonuje wiele kilometrów, aby w towarzystwie żony dotrzeć do kościoła. Później dramat rozkręca się na dobre. Żona go zdradza, a ksiądz nie zgadza się na wniesienie krzyża do kościoła i zamyka przed nim drzwi. Fabuła staje się tym gęstsza, że człowiek zyskuje poparcie tłumu, a jego osoba wzbudza sensacje ściągając zainteresowanie mediów. Przy okazji okoliczne sklepy robią dobry interes, a w knajpach przyjmuje się zakłady.



Oglądając to dzieło chwilami miałem wrażenie, że mógłby je nakręcić Bunuel. Pod względem stylu przywodzi na myśl jego meksykańskie obrazy. Poza tym, znaleźć można tutaj wiele znakomitych, symbolicznych ujęć, a wszystkie one naturalnie wynikają ferworu akcji. W całym filmie, w zasadzie przed kościołem, wiele się dzieje. Tańczy tłum, żyje ulica i okoliczne knajpy. Pada tutaj dużo słów, dużo tu ludzi i ruchu, a mimo to, łatwo się w tym wszystkim odnaleźć. Kolejne zwroty akcji następują w odpowiednim po sobie czasie, a cała ta sytuacja wyjściowa uruchamia wiele wątków i rozpatrywana jest pod licznymi względami.



Dzieło to wyraziste, dosadne i nie tak dosłowne, jakby mogło się wydawać. Sympatyzuje nieco z bohaterem, ale pozwala widzowi samodzielnie ocenić wydarzenia. Pomysł na wyjściową sytuację dramaturgiczną dosyć oryginalny, wykonanie czysto techniczne dobre.

Film wyróżniam znakiem jakości "KYRTAPS Poleca!".

Znak jakości "KYRTAPS Poleca!" od 2007 roku przyznaję mało znanym filmom wyróżniającym się pod względem artystycznym. To pierwszy przyznany znak w tym roku. Więcej informacji na ten temat znajdziecie tutaj.



Ślubowanie
reż. Anselmo Duarte, 1962

Moja ocena: 9 /10

środa, 9 lutego 2011

Zapach zielonej papai




Ciekawy, orientalny świat filmowy. Piękny ogród z bujną roślinnością. Tętniący życiem - małymi radościami i smutkami - dom państwa. Mała, 10-letnia dziewczynka. Dobra do szpiku kości, niewinna. Służy państwu. Jest cicha i pokorna.

Wszystko super, ale... to wszystko. Nic więcej w tym filmie nie ma. Tu nic się nie dzieje. Życie się posuwa, czas upływa, a fabularnie w tym filmie nic się nie zmienia.

Film nie podejmuje żadnego konkretnego tematu. Po prostu przedstawia sobie jakiś wycinek filmowej rzeczywistości. Nie stawia tezy, nie ukazuje żadnych konkretnych problemów. Jest jedynie obraz świata oraz ładna historyjka o życiu pewnej dziewczyny. I tyle.

I tak, jak przez pierwsze pół godziny była nadzieja na jakiś głębszy wątek, tak dalej było już tylko czyszczenie butów, podlewanie ogródka, sprzątanie, gotowanie i podawanie do stołu.

Ładny, egzotyczny film o niczym. Reżyserskiej przeciętności czepiać się nie będę.


Zapach zielonej papai / Mui du du xanh
reż. Anh Hung Tran, 1993

Moja ocena: 5/10

poniedziałek, 7 lutego 2011

Człowiek, który spadł na ziemię




Niejasna, rozwlekła, fragmentaryczna fabuła. Drobne błędy to tu, to tam. Chwilami nie wiadomo, o co chodzi. Kto jest kim, co tu robi, jakie ma znaczenie dla całego filmu... i czy w ogóle on, a także scena z jego udziałem, ma jakiekolwiek znaczenie, czy wycięcie jej cokolwiek by zmieniło(?!)

Ale czy to wada? Nie wiem. Trudno mi ocenić ten film w miarę obiektywnie. Bo z jednej strony, scenariusz postrzelony i chwilami wręcz zły... z drugiej, wielka oryginalność, magia filmu, u której źródeł leży chyba niestandardowy skrypt.

Ogólnie dzieło jest warte uwagi. Mało w nim słów, dużo obrazów oraz doskonałej muzyki – to lubię, do tego mam słabość.

Całość dosłownie kosmiczna. Spada dziwnie wyglądający gościu na Ziemię, jeździ limuzyną, opatentowuje różne rzeczy, chleje wodę litrami i mdleje jadąc windą. Zupełnie nie jest komunikatywny, a mimo to zakochuje się w nim pewna dziewczyna i rodzi się między nimi dziwaczny romans.

Przebitki rozmaitych wizji bohatera oraz ujęć kosmitów. Niespodziewane przeskoki w czasie – nagle mija wiele lat.

Jedna wielka metafora, której chyba nie należy traktować dosłownie oraz odczytywać scena po scenie. To jedna całość, myśl wyrażoną poprzez medium jakim jest film. Historia jakiegoś gościa, który spadł na ziemię to tylko pretekst, aby coś powiedzieć. Ona sama w sobie zupełnie jest nieważna. Pełni tylko rolę wyrazów, za pomocą których autor formułuje zdanie. Nie należy skupiać się na wyrazach, ale na treści wyrażonej przez to zdanie. Ta wydaje mi się głęboka.


Człowiek, który spadł na ziemię / The Man Who Fell to Earth
reż. Nicolas Roeg, 1976

Moja ocena: 8/10

sobota, 11 grudnia 2010

Zabicie ciotki

„Postanowiłem codziennie chodzić do kina, żeby jak największą część życia spędzić w letargu.”

„Dwudziestoletni student, Jurek, spowiada się z popełnionych w ciągu siedmiu lat grzechów i wyznaje, że zabił ciotkę. Ponieważ nie żałuje swego czynu, ksiądz odmawia mu rozgrzeszenia, ale obiecuje, że będzie na niego codziennie czekać.” – tak zaczyna się opis strasznie mało popularnego filmu nie tyle nieznanego, co chyba skutecznie zapominanego i chowanego w kąt reżysera-artysty-wariata polskiego kina – Grzegorza Królikiewicza.

„Zabicie ciotki” opisać mogę skojarzeniami z innymi ciekawymi filmami polskiej produkcji. W zasadzie przypomina mi to przyciszony miks nagrodzonych znakiem jakości KYRTAPS Poleca! „Jak daleko stąd, jak blisko” Konwickiego oraz „Trzeciej części nocy” A. Żuławskiego. Wydaje mi się, że to skojarzenie powinno dostatecznie zmotywować czytelników tego tekstu, do sięgnięcia po wszystkie trzy, z rzuconych w tym akapicie tytułów – wszystkie są znakomite.

Samo „Zabicie ciotki” jest senne, mgliste i gęste. Poza dźwiękami wydawanymi przez głównego bohatera krzątającego się po domu, słychać jego monologi i myśli komentowane dźwiękiem audycji radiowych oraz telewizyjnych.

Taka trochę to „Zbrodnia i kara”, ale bohater nie ma wyrzutów sumienia. Więcej, zbrodnia jest dla niego spełnieniem(?). Stanowi chwilowy sens życia, wypełnia je treścią. Dzięki niej, temu, że wysyłanie pocztą w paczkach żywnościowych pociętych na drobne kawałki zwłok, wypełnia mu dzień, nie ma poczucia nudy ani tego, że każdy dzień jest taki sam, jak poprzedni. Ukrywanie zbrodni zapewnia mu odpowiedni poziom adrenaliny we krwi, której tak bardzo pragnął.

Ciotka była dla niego dobra – sam to przyznaje. Nic do niej nie miał. Jedynie zagłaskiwała go na śmierć oraz odbierała poczucie całkowitej wolności(?).

W dalszej części filmu bohatera coś jednak gryzie. Ostatecznie spowiada się, ale nie księdzu, a poznanej dziewczynie, którą następnie wciąga w swój świat nieuporządkowanych emocji.

Na wszystko, co przedstawia Królikiewicz trzeba jednak zachować margines bezpieczeństwa, bo trudno nie oprzeć się wrażeniu, iż wszystko nie jest do końca poważne, nie jest do końca na serio.

A z rzeczy, które mi się nie podobały, wymienić mogę grę czasem – co było wcześniej, co później. Jakoś do końca mi nie grało... Co nie zmienia faktu, że „Zabicie ciotki” to film bardzo ciekawy i bardzo dobry.


Zabicie ciotki
reż. Grzegorz Królikiewicz, 1984

Moja ocena: 8/10

sobota, 16 października 2010

Begotten




Stylizowany na stare kino nieme - monochromatyczny obraz o bardzo dużym kontraście pełen zakłóceń i rys, ścieżka dźwiękowa ograniczona do dziwnych odgłosów i niepokojącej muzyki.

Artystyczne szaleństwo, prowokacja i festiwal obrzydliwości w jednym.

Narkotyczna wizja ruszających się czarnych plam na szarym tle, od których może rozboleć głowa. Dużo krwi, flaków, torturowania i innych strasznych rzeczy. Próba wprowadzenia widza w trans hipnotyczny.

Nie jest to kino, wobec którego można przejść obojętnie. Takie filmy się albo nienawidzi albo uwielbia.

Ja ledwo dałem radę wytrwać do końca. Z każdą minutą było co raz gorzej.
„Begotten” jest dla mnie bełkotem, próbą zszokowania ubraną w dobrze dopasowane ciuchy.

Kto przed seansem zażyje coś mocniejszego może odkryje w tym wszystkim prawdę o powstaniu świata, ale... dobrze, że u nas zlikwidowali dopalacze.

_______________________
Begotten
reż. E. Elias Merhige, 1991

Moja ocena: 3/10