Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anglojęzyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anglojęzyczne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 lutego 2017

Margaret

Bardzo ciekawa fabuła. Pełen niezłych dialogów i dobrze przemyślanych treści scenariusz. Twórcom filmu udało się umiejętnie spleść ze sobą wiele wątków, poruszyć wiele różnych życiowych problemów. Film jest dość przystępny, choć mówi o trudnych sprawach, a fabuła ma wiele warstw. Aktorzy zwracają uwagą swoją znakomitą grą, a wykonanie jest naprawdę solidne. Ale od początku…

Mamy tu dylemat moralny głównej bohaterki (siedemnastoletniej dziewczyny). Kierowca przejechał na czerwonym świetle i zabił na pasach kobietę. Dziewczyna może czuć się współwinna, gdyż intensywnie rozpraszała kierowcę. Gdyby tego nie robiła, pewnie kierowca zauważyłby czerwone i do nieszczęścia by nie doszło. Jednak jak teraz zeznać przed policją? Przejechał na czerwonym czy zielonym świetle? Jeżeli dziewczyna powie prawdę, wyleją kierowcę z pracy i będą ciągać po sądach. Kierowca ma pewnie na utrzymaniu żonę i dzieci, więc co zrobić? Skłamać? Do tego dochodzą wyrzuty sumienia związane ze współodpowiedzialnością za tragedię oraz z kłamstwem w zeznaniach. Ponadto mamy tu silne oddziaływanie na psychikę dojrzewającej dziewczyny traumatycznych chwil przeżytych z umierającą na rękach ofiarą wypadku, która widziała w niej swoją zmarłą córkę...


Sytuacja w domu dziewczyny nie jest łatwa. Rodzice po rozwodzie, kontakt z ojcem jest jedynie telefoniczny. Matka zapracowana, zestresowana zbliżającą się premierą nowej sztuki, rozpoczynająca związek z nowym mężczyzną. W naszej głównej bohaterce zakochany jest pewien chłopak. Zaczynają się kłótnie i trudności w szkole.

Tak gwałtownie kończy się jej dzieciństwo, a zaczyna dorosłość. Bohaterka zaczyna zachowywać się – z punktu widzenia widza – dziwnie. Zaczyna to irytować, chwilami wydaje się głupie. Co ona robi? Po co? Co chce osiągnąć? Szuka sprawiedliwości, ukojenia wyrzutów sumienia, ale nie wie, gdzie szukać rozwiązania, w którą stronę pójść. Dziewczyna staje się arogancka, egocentryczna, bezczelna. Cały czas szuka zainteresowania swoją osobą. Najpierw u rówieśnika (któremu oddaje cnotę), później kierowcy autobusu, rodziny i przyjaciółki ofiary. Spotyka się z różnymi postawami, zderzając się z rzeczywistością. Szuka zrozumienia i próbuje sobie poradzić z tą całą sytuacją.



W filmie udało się pokazać idealistyczne podejście nastolatków do życia kontrastujące z zakłamaniem dorosłych, ich pogonią za pieniędzmi i własnymi interesami. Jednak nic tu nie jest czarno-białe, nikt nie wskazuje dobrych i złych, wszyscy mając swoje racje i do widza należy ocena. Brawo! Całość wręcz można (nad)interpretować, jako metaforę społeczeństwa, stosunków między krajami (za daleko?).

Wisienką na torcie, poza kilkoma świetnie wyreżyserowanymi scenami oraz licznymi nawiązaniami do literatury (tudzież sztuki w ogóle), może być zakończenie. Katharsis przynosi ukojenie, którego bohaterka tak długo szukała w różny sposób, nawiązując mniej lub bardziej intymne kontrakty z różnymi ludźmi. To, czego nie mógł jej dać żaden człowiek, dała sztuka.

Budowa filmu nie musi wszystkim przypaść do gustu. Główne wydarzenie „przełomowe” ma miejsce na początku. Później filmowi brakuje dramaturgii, zwrotów akcji. Wszystko utrzymane jest na tym samym poziomie emocjonalnym (rozhisteryzowanej i obrażonej na cały świat nastolatki). Może to widza nużyć, przez co film trochę się ciągnie, a irytujące zachowanie głównej bohaterki skłania wręcz do naciśnięcia guzika „off”. To bez wątpienia największa wada tego dzieła. Jednak warto skupić się na kipiącej od ciekawych treści i podtekstów fabule, bo można wyciągnąć z niej sporo przemyśleń dla siebie.

reż. Kenneth Lonergan, 2011

Moja ocena: 8 /10
P.S. Tytuł filmu nawiązuje do wiersza autorstwa Geralda Manleya Hopkinsa:

„Wiosna i jesień”
Do małego dziecka

Margaret, czy cię smuci,
Że las liście złote zrzucił?
Liści, tak jak ludzkich spraw dna,
Umiesz dotknąć myślą – prawda?
Ach, z czasem serce młode
Starsze się stanie, chłodniej
Spojrzy, bez westchnień, bez trenu,
Na liście - las w rozproszeniu;
Lecz też zapłaczesz - wiedząc, czemu.
Mniejsza, jakim zwać je mianem,
Źródła żalu są te same.
Nie ma pojęć, słów, by oddać,
Co wie serce, co duch odgadł:
Że życie jest własną żałobą;
Że płacząc - płaczesz nad sobą.
przełożył Stanisław Barańczak

piątek, 27 stycznia 2017

La La Land

Mnóstwo Złotych Globów i jeszcze więcej nominacji do Oscarów to powody, dla których o tym filmie jest głośno w środkach masowego przekazu. W najbliższym czasie będzie pewnie jeszcze głośniej, gdyż specjaliści z Hollywood wróżą mu mnóstwo złotych statuetek na gali za miesiąc. Skoro wszyscy o nim mówią, to warto go znać, aby wiedzieć, o czym oni mówią. Niestety, jest to jedyny powód, dla którego warto ten film obejrzeć.


Początek filmu jest żenujący. Wszyscy tańszą, śpiewają, sensu zupełnie brak, a każda kolejna scena jeszcze bardziej ocieka lukrem. Kolejne ujęcia i zachowania bohaterów usilnie próbują zrealizować założony schemat, zamiast wynikać z treści. Jeżeli już przebrniecie przez fatalny początek, dotrzecie do fabularnej części filmu. Jest ona płytka i schematyczna, ale na szczęście da się ją oglądać. Opowiada ona, prześlizgując się po wierzchu, o podążaniu za marzeniami, romantycznej miłości i kilku innych wyświechtany motywach. Oczywiście, musi w pewny momencie być zwrot akcji, w tym wypadku lekkie zderzenie z rzeczywistością. Całość kończy się równie źle, jak się zaczęła. Zakończenie jest oderwane od reszty i wstawione tak samo na siłę, jak wstęp. Jest pełne prostackich zagrywek i ujęć nastawionych na szybki efekt. Ogólnie mówiąc, treść filmu jest na poziomie sześciolatka.



Film utrzymany jest w formie możliwie jak najbardziej łechcącej widza. Przecież to ma się przede wszystkim podobać, a nie mieć sens. Bohaterowie tańczą i śpiewają wtedy, gdy minęła odpowiednia liczba minut części fabularnej, a nie wtedy, gdy wynika to z treści. Wiele scen kipi wręcz kiczem wylewającym się z ekranu. Ma być ładnie i kolorowo ku uciesze masowego odbiorcy, w efekcie całość jest do bólu plastikowa… i słabo zaśpiewana. Nie zaprzeczam, że "La La Land" ma kilka plusów i dobrych, zapadających w pamięć scen, jednak ja ledwo dałem radę przez niego przebrnąć.

Dla mnie to kolejny przykład, że kupa, choćby starannie wysuszona, pięknie pomalowana na różne kolory i zapakowana w złote pudełko, zawsze pozostanie kupą. A film to nie jest banknot studolarowy, aby mógł – lub wręcz miał – podobać się każdemu.  

La La Land
reż. Damien Chazelle, 2016

Moja ocena: 3 /10

sobota, 7 stycznia 2017

Remember

Doskonały scenariusz o klasycznej budowie – wstęp, rozwinięcie i zakończenie.

Najpierw naszą sympatię zdobywa główny bohater. Jest nim pewien pan przed dziewięćdziesiątką. Sprawia on wrażenie miłego. Dobrze się trzyma, choć demencja sprawia, że po przebudzeniu zbyt wiele nie pamięta. Nie pamięta na przykład tego, że jego żona nie żyje - co dodatkowo sprawia, że mu współczujemy.

Po odpowiednim wstępie, przechodzimy do właściwej części filmu. Emocjonujemy się ucieczką bohatera z domu opieki i jego podróżą po USA. Oczywiście, nie ma tu dynamicznej akcji i fabularnych fajerwerków. Film jest utrzymany w spokojnym i refleksyjnym tempie, które pasuje do naszego dziadka. Mimo to, w wybranych scenach, można doświadczyć napięcia i zaskoczenia. Losy bohatera oraz to, co z filmu wynika, nie pozostawiają obojętnym, robią wrażenie, dają do myślenia i zapadają w pamięci na dłużej.


Historia jest tak skonstruowana, że bardzo łatwo o banał i przewidywalność. Bohater ma odnaleźć oprawcę swojej rodziny z Auschwitz. Do znalezienia jest pięciu mężczyzn, spośród który tylko jeden jest tym, o którego chodzi. W tym układzie wiadomo, że pierwszy facet nie będzie tym właściwym, gdyż film by się za szybko skończył. Mimo to, reżyseria, budowanie dramaturgii i detale sprawiają, że cały czas jest ciekawie, cały czas jesteśmy zwodzeni, zaskakiwani, a kolejne szczegóły zdradzają nowe fakty. Z pozoru nieistotne detale pozytywnie wpływają na cały obraz, uwiarygadniają tę historię, sprawiają że jest ona przekonująca, bo dobrze przemyślna i dopracowana. Znakomita dramaturgia całego filmu, jak i każdej sekwencji z osobna, dopełniają dzieła.

Temat filmu jest bardzo ciekawy, aktualny i ważny. Ze współczesnego punktu widzenia, traktuje on o wciąż aktualnej potrzebie rozliczenia zbrodniarzy wojennych z czasów II wojny światowej, którzy przez tak wiele lat pozostali bezkarni i do dzisiaj urywają się w Ameryce Północnej. Nie ponieśli oni konsekwencji swoich czynów, mimo że minęło od nich ponad 70 lat.



Na szczęście nie chodzi tu o prostacką zemstę i temu podobne prymitywne instynkty, które w kinie Hollywood są często gloryfikowane. Tutaj nawet nie tyle istotne jest ukaranie winnych, co zwycięstwo prawdy, zmierzenie się z nią emerytowanych oprawców, wywołanie u nich wyrzutów sumienia oraz publiczne przyznanie się ich do winy. Brawo!

Warto jeszcze pochwalić ładne, dobrze oświetlone kadry i niezłą scenografię.
Znakomity film!

Remember
reż. Atom Egoyan, 2015

Moja ocena: 9 /10

niedziela, 22 lutego 2015

Birdman

Ten film zaskoczył mnie pozytywnie .

Birdman” jest bardzo wyrazisty i oryginalny, dlatego zapada w pamięć. Jego akcja rozgrywa się głównie w wąskich korytarzach zaplecza Broadwayu. Utrzymany jest on w poetyce realizmu magicznego nasączonego surrealizmem. Reżyseria jest bardzo dobra - Iñárritu jest chyba co raz lepszy. Jego praca, w połączeniu ze świetnymi zdjęciami i grą aktorską, poskutkowała znakomitymi efektami, które można podziwiać na ekranie.


Mimo takiej, a nie innej tematyki, fabuła jest dosyć przystępna, a co najważniejsze, sensowna. Główny bohater szuka siebie. Jednocześnie walczy ze sobą, z własnym wyobrażeniem o sobie, oraz próbuje zmienić swój wizerunek w oczach innych. Wątpi we własne możliwości, zmaga się ze swoją przeszłością. Akcja filmu toczy się jednocześnie w jego głowie i w garderobie teatru. Dużo tu iskier lecących przy stykaniu się odmiennych charakter aktorów spektaklu. Ich postaci są wyraziste, a ich wzajemne interakcje świetnie nadają filmowi dynamizm. Dużo jest tu humoru, mrużenia oczu do widza, z którym autorzy filmu toczą swoistą grę na zwodzenie, wywoływanie domysłów i złudzeń. 

W tym filmie zostało zrealizowanych wiele ciekawych pomysłów. W tle leci charakterystyczna muzyczka. Całość jest świeża i nie daje się ubrać w żaden schemat, czy zaklasyfikować do konkretnej szufladki. 

Z całą pewnością, ten film jest bardzo dobry.


Birdman
reż. Alejandro González Iñárritu, 2014

Moja ocena: 8 /10

sobota, 21 lutego 2015

Snajper

Wczoraj miałem przyjemność wziąć udział w maratonie filmowym „Noc Oscarów”. Nie interesowałem się, jakie filmy w tym roku są faworytami do nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej, więc niczego konkretnego po oglądanych tytułach się nie spodziewałem. Tym bardziej cieszy mnie fakt, że wśród kandydatów do nagrody głównej, jest bardzo dobra produkcja. Ale po kolei. Pierwszym obejrzanym przez mnie filmem był "Snajper".


Film o nieomylnym superbohaterze, który w imię wyższych wartości, broniąc honoru, braterstwa, ku chwale ojczyzny jedzie na wojnę. Genialnie strzela, łamie prawa fizyki i logiki, staje się legendą. Dużo tu czystej rozrywki, a konkretnie akcji, wybuchów, strzelanek. Dobre efekty, cały czas coś się dzieje i jest fajnie.

Z tym, że ten obraz wychodzi od problemu zmian w psychice człowieka, który przeżywa wojnę i zabija dziesiątki ludzi, w tym dzieci. Zasugerowanemu, niby głównemu, problemowi nie zostaje poświęcone w tym filmie za dużo miejsca. W zasadzie jest kilka procent prostych, płytkich scen z wizyt bochatera do domu. Reszta to strzelanie do Arabów i wykonywanie fajnych akcji, używając nadludzkich sił. Relacje głównego bohatera z żoną i dziećmi są niesamowicie powierzchowne i do bólu naiwne. Całość jest strasznie hollywoodzka, w najgorszym tego słowa znaczeniu.



Bohater w ogóle nie zadaje sobie pytań o sens tego, co robi, czy to jest dobre, po co ta wojna. Gdzieś tam pojawia się jedno ujęcie zamachów z 11 września, gdzieś tam pada jedno patetyczne, propagandowe zdanie, i tyle. Wszystko odfajkowane, byle było. Nie ma przemyśleń, wyrzutów sumienia. Psychologia postaci jak w kreskówce.

Końcówka to jedna wielka pomyłka. Zaczynając od ostatniej walki, która wyglądała jak z gry komputerowej, na mdłych, lukrowatych i przedstawionych w maksymalnym możliwym uproszczeniu scenach powrotu do dobrostanu psychicznego kończąc. Jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko w mgnieniu oka się poprawia i udaje.

Oglądając zagryzałem zęby.

Snajper
reż. Clint Eastwood, 2014

Moja ocena: 3 /10

wtorek, 25 lutego 2014

Spring Breakers

Podobał mi się. Dlaczego? Odpowiedzi na to pytanie jest tyle, ile elementów wykonania, na których można tutaj zwiesić oko. Oczywiście, nie chodzi mi o odtwórczynie głównych ról.


Ten film jest po prostu świetnie wyreżyserowany. Autor wprost wybornie posługuje się środkami wyrazu sprawiając, że forma idealnie pasuje do treści. Historia utrzymana jest w tej samej konwencji, co styl jej opowiadania i przekładania na ekran.

Mamy tutaj wyborną grę świateł i barw, cieni i półmroków. Przy użyciu różnych filtrów uzyskano efekty różnorodnego rozmazywania lamp. Ich kolor zawsze były doskonale dobrane i dostosowane do charakteru danej sceny oraz wygląd wnętrz, w których rozgrywała się akcja. Kolory ubrań bohaterek również były przemyślane. Za każdym razem  tworzyły spójne kompozycje . Kolory ubrań jednej aktorki pasowały do kolorów ubrań innej i dostosowane były do sceny, kadru oraz tego, w którym jego miejscu dana aktorka się znajdzie!

Film podobnie, jak opowiadana w nim historia jest nico nierealny, oderwany od rzeczywistości, senny, by nie powiedzieć przyćpany. Taka również  jest narracja - często powtarzane te same słowa i sceny, chwilowe wybiegi w przyszłość i powroty do przeszłości. Wszystko jest jak jakaś wizja oderwana od szarej rzeczywistości.

Wspaniale zachowane jest tu wyczucie dobrego smaku. Mimo częstego pokazywania zachowań nieobyczajnych, nie ma tutaj niczego dosadnego, czy dosłownego. Wszystko jest oparte na skojarzeniach, podtekstach, które wystarczą, aby widz dopowiedział sobie całą resztę która tam się dzieje. Wręcz w drugą stronę. W tym filmie sporo jest estetyzacji, poetyzacji brudu, brzydoty, przemocy. Niczym bohaterki żyjące w swoim odrealnionym świecie marzeń, wyobrażeń, patrzymy na to, co się dzieje.

Jest tu także kilka dobrych scen opartych na poetyce kontrastu. Takie są telefoniczne rozmowy, udających przez chwilę grzeczne, dziewczyn z ich rodzicami. Słyszymy je w tle scen hedonistycznej rozpusty zaprzeczającej ich słowom. Moją ulubioną tego typu sceną jest ta przy fortepianie. Dziewczyny w różowych kominiarkach z karabinami w dłoniach tańczą w kółku i śpiewają słodką piosenkę Britney Spears.  



Jednak świetna reżyseria i wykonanie nie wystarczą. Potrzebny jest jeszcze dobry scenariusz, co do którego mam mieszane uczucia. Miałem wrażenie, jakby napisał go ktoś niezdecydowany do końca, co tak naprawdę chce powiedzieć. Miał kilka świetnych pomysłów, ale nie stworzyły one spójnej całości, z której coś by wynikało. W efekcie otrzymujemy doskonale wyglądającą na ekranie historię bez rozwinięcia i zakończenia.

Bohaterki spełniają swoje marzenia o super imprezie i… koniec filmu. Pod wpływem tego, co się wydarza, nic się w nich nie zmienia. Żadna z nich nawet ani odrobinę nie zmądrzała – dwie tylko się przestraszyły i uciekły, a ich wybory nie zostały tutaj szerzej naświetlone. Brakuje tu całkowicie łańcucha przyczynowo-skutkowego, przez co nie jestem przekonany, czy całość ma jakikolwiek sens. Dodatkowo strzałem w kolano jest zupełnie nierealne zakończenie i bezsensowna ostatnia scena. Zupełnie jakby ktoś piszący scenariusz nie wiedział co dalej i skończył całość . Bez ładu, składu, sensu, a już w ogóle bez jakiejkolwiek (choćby poza filmem) ciągłości historii bohaterek.

Mimo to, mi się podobało i zapisało się w pamięci. Film jest wyrazisty, ciekawie zrobiony, zawiera kilka fajnych pomysłów. Szkoda, że nad sensem przedstawionej w nim historii nikt dłużej nie pomyślał. 


Spring Breakers
reż. Harmony Korine, 2012

Moja ocena: 6 /10

piątek, 6 kwietnia 2012

Drive

Zderzenie dwóch filmowych światów

Za Nicolasem Windingiem Refnem nie przepadam, ale w tym miejscu oddać muszę należne mu pochwały, na które najnowszym dziełem sobie w pełni zasłużył. Nicolas posiada doskonały warsztat, ba... nazwać to mogę śmiało talentem połączonym z wyczuciem.

Najbardziej podobały mi się - czego nietrudno się domyślić - ciche sceny pełne znaczących spojrzeń i gestów. On patrzy na nią, delikatny uśmiech, cisza i wszystko jasne. Między bohaterami w pewnym momencie iskrzy, interakcja jest niesamowita, a jeszcze lepsze to, jak została przekazana na ekranie. Nawet skojarzyło mi się to z filmem "Rocky", a to już coś. Pojedyncze dźwięki, odpowiednio dobrane oświetlenie, scenografia i znakomicie poprowadzeni aktorzy. Aż chce się oglądać!



Film ten ma styl i klasę dzięki tempu, nastrojowi, gracji, z jaką został wykonany. Niestety, jest celowo taki, a nie inny, i - jak na mój gust - po prostu zepsuty. Co z tego, że na ekranie rodzi się wielka wartość emocjonalna, skoro za chwilę bohater wsiada do wozu i odbywa pościg. W nim gubi przeciwnika zaciągając ręczny przy 200 km/h i następnie jadąc 130 km/h na wstecznym - tandeta. Dalej już krew leje się strumieniami, materac chroni przed strzałami z pistoletu, a wszystko jest mocno (i na siłę) wydarte ze wszystkich możliwych konwencji, a do tego przerysowane osiągając poziom niesmaczności i nieestetyczności.

Cichy i prosty film o dobrym sąsiedzie przeplata się z kontrastującym z nim filmem o superkierowcy, który jednym ruchem ręki pokonuje wszystkich złoczyńców miażdżąc im czaszki. Strasznie to szpanerskie i oryginalne do bólu. Zwykła zabawa konwencją, z której nic poza zabawą nie wynika. Sam główny bohater jest taką marionetką w rękach reżysera - biały, czarny, biały, czarny.


Ja całości nie kupuję. Doceniam jednak nowatorskie(?) spojrzenie na tego typu kino - superbohater próbuje się wycofać, a to okazuje się nieoczekiwanie bardzo trudne. Są tam też pewnie jakieś wyrzuty sumienia (należy się ich domyślać). To wszystko niestety wydaje mi się sprowadzać jedynie do zabawy konwencją na poziomie Quentina Tarantino, no... może ciut wyżej.

A treść? Sprowadza się i zamyka w słowach lecącej na zakończenie piosenki... tak na marginesie, bardzo wpadającej w ucho :-)


Drive
reż. Nicolas Winding Refn, 2011

Moja ocena: 6 /10

niedziela, 30 października 2011

Shortbus

Fabularne porno.

Sprawnie, umiejętnie, lekką ręką poprowadzona fabuła. W świat bohaterów jesteśmy wprowadzeni za pomocą podświetlanej makiety miasta. Oni żyją gdzieś w tych tekturowych budynkach, ich światło jest jednym z tysiąca świateł. Czasem, co można potraktować jako metaforę, następują skoki napięcia i ono przygasa.



Fabuła jest płynna, atmosfera lekka, całość dosyć przystępna. Wszystko opowiedziane z dużym przymrużeniem oka. Lekko zwariowane, ciut przerysowane, mocno wyzwolone.

Aktorzy amatorscy, ale nie przeszkadzają w odbiorze filmu. Humor rozładowuje ewentualną spinę tudzież obrzydzenie lub oburzenie widzów. Bo...



"Shortbus" balansuje na granicy zwykłego porno, a czasem tę cienką granicę przekracza. Jednak jest tu jakiś sens. W tym wszystkim rozchodzi się o mocno nietypowe - ale jednak - o problemy bohaterów. I wszystko byłoby w porządku, gdyby odważne sceny nie były nadużywane.

Niestety, z czasem przestaje z nich cokolwiek wynikać, treść gdzieś się mocno plącze, staje się niewyraźna, zamotana. Niektóre wątki się urywają, inne banalizują. Nic więc dziwnego, że wszystko sprowadza się do wysłodzonego, do bólu ładnego, mocno kiczowatego zakończenia.



Shortbus
reż. John Cameron Mitchell, 2006

Moja ocena: 4 /10

niedziela, 25 września 2011

Zdobyć Woodstock

Bardzo historyjkowy to film, wciśnięty w standardowe ramy hollywoodzkiej opowieści. Wstęp, rozwinięcie, zakończenie. Akcja osadzona na jednym bohaterze, jego rodzinie, życiu i problemach w małym miasteczku. Determinacja, inteligencja, kreatywność i, wreszcie, chęć zmian sprawiają, że mały, szary człowiek potrafi dokonać wielkich rzeczy. Od zera do bohatera, bo, to w jego zadupiu, odbywa się wielki festiwal wolności, młodości, szaleństwa i muzyki.



Są drętwe, podsumowująco-moralizatorskie gadki, jest standardowe zakończenie. Są wydarzenia, które wnoszą nowe doświadczenia do życia bohaterów i przy okazji festwalu, ojciec spędza czas z synem, syn poznaje matkę i takie tam farmazony, obleśnie słodkie i nikomu niepotrzebne do szczęścia.

Jednak, mimo sztampowych rozwiązań scenariuszowych i historii bez polotu, film mi się podobał. Jest przystępny, lekki i interesujący. Parę razy się zaśmiałem, historia jest żywa i rozwija się we właściwym tempie.



Mnie osobiście zaciekawił sam temat - festiwal Woodstock z 1969 roku. To ze względu na niego, sięgnąłem po ten tytuł. Uważam, że film ciekawie ukazał ten fenomen, to zjawisko, jak również wartości, które głosili zebrani na nim młodzi ludzie. Ponadto, już po seansie, oglądając zdjęcia z prawdziwego Woodstocku '69, uznałem, iż film realistycznie odtwarza jak to wszystko wtedy wyglądało. Dla zainteresowanych, zdjęcia dostępne są tutaj.

Seans przyjemny. Film niezły. Dla zainteresowanych tematem godny uwagi.



Zdobyć Woodstock
reż. Ang Lee, 2009

Moja ocena: 6 /10

piątek, 18 lutego 2011

Valhalla Rising

Początek filmu oceniam na 1 /10. Głównie ze względu na liczne drastyczne sceny, które budzą mój stanowczy sprzeciw.

Wiem, że to plemiona pierwotne, że tak było w rzeczywistości, ale to nie powód, by pokazywać je dzisiejszemu widzowi. Może film miał być realistyczny, lecz realizm to nie wypadające na ziemię flaki, ale wiarygodność w ukazywaniu świata, wydarzeń oraz psychologii postaci.

Uważam, że nie można takich rzeczy pokazywać, gdyż to niszczy u widzów wrażliwość i poczucie piękna. Emanuje z ekranu agresją, bezwzględnością i zabija czułość na cudze cierpienie.



Rozumiem, że to film dla dojrzałych, dorosłych i ukształtowanych widzów, nie dla dzieci, ale nie tylko dzieci są podatne na oddziaływanie tego typu obrazów. Wydaje mi się, że nawet, jeśli rozumowo wyprzemy to, co zobaczyliśmy, ono zostaje w naszej podświadomości i wpływa na naszą wrażliwość i delikatność. A osobiście uważam, że zadanie sztuki jest z goła inne. Powinna ona budować i umacniać w nas poczucie piękna oraz naszą wrażliwość na innych ludzi, ich problemy i cierpienie.

Ponadto, początek budzi mój sprzeciw, gdyż mam wrażenie, iż początkowe drastyczne sceny miały za zadanie jedynie zszokować, wzbudzić kontrowersje i wywołać, tak potrzebny temu filmowi, rozgłos. Początek przecież jedynie naświetla pewną sytuację wyjściową dla dalszych wydarzeń. A owe zapoznanie się widza z konkretnymi faktami, z ze specyfiką świata filmowego, z tłem historycznym oraz rysami bohaterów mogło nastąpić w różnoraki sposób.

Bo czym się różni dobry reżyser od złego reżysera? Zły reżyser pokazuje wyrywanie flaków i rozłupywanie czaszek. Dobry reżyser potrafi powiedzieć to samo sugerując i używają metafor. No, ale często złemu reżyserowi zależy również na fanach „Piły”, na rozgłosie oraz tym, by jego film był fajny. A jak krew tryska, to zdaniem niektórych jest fajnie.

Dla mnie wzorcowym przykładem tak rozumianej dobrej reżyserii jest krótki fragment nagrodzonego znakiem jakości „KYRTAPS Poleca!” filmu „PieniądzRoberta Bressona z 1983 roku. Do obejrzenia poniżej.


Wzbudzona kawa w filiżance mówi więcej, niż jakakolwiek ekspresja aktorska, więcej niż słowa, czy samo uderzenie w twarz. Tyle w tym emocji! Gdyby któryś z reżyserów w taki sposób pokazywał mordowanie, to byłby piękny spektakl... a tak, latają głowy i pękają czaszki, a widz zamyka oczy... chyba, że jest nieczuły, że okrutne widoki go nie ruszają lub nawet podniecają i bawią.

Jednak Nicolas Winding Refn nie jest z pewnością złym reżyserem, bo w dalszej części filmu udowadnia, że z wyczuciem coś powiedzieć również potrafi, że niepotrzebna mu dosłowność, że potrafi sprawnie posługiwać się filmowymi środkami wyrazu. Tym bardziej ganię ten film za jego brutalny początek. Może nie jakoś rewelacyjnie i niezbyt twórczo NWR to robi, ale widać, że potrafi i w ten sposób oszczędza widzom rozlewu krwi.

Ale do rzeczy, już nie czepiając się brutalności i obrzydliwości. Sam film jest bardzo ciekawy i nietypowy. Niemal pozbawiony słów. Posiada sporo wymieszanych ze sobą symboli oraz metafor.

Tak zastanawiając się nad własną interpretacją doszedłem do wniosku, że to wszystko jest mało konkretne i strasznie otwarte na szereg odczytań. To widz, nie twórca, nadaje treść filmowi.

Dla mnie najistotniejsza była sama postać Jednookiego. Jego błądzenie, podróż inicjacyjna, szukanie w życiu właściwej „drogi do domu”. Ostatecznie okazał się on zwycięzcą. Znalazł drogę i poszedł nią.

To dzieło surowe, nieźle sfotografowane. Ale chyba twórcy trochę zabrakło doświadczenia w tworzeniu takiego typu kina. Jest tu dużo pustych dłużyzn, które nie wypełnia reżyser. On się odsuwa i zostawia miejsce dla widzów. Sam nie ma wiele do powiedzenia. Ogranicza się do jak najlepszego realizowania fabuły, prostej historii. Ma nadzieję zahipnotyzować widza, wciągnąć do swojego świata i w ten sposób na niego podziałać.

Czy się to udaje? Zależy indywidualnie od widza.



Valhalla Rising
reż. Nicolas Winding Refn, 2009

Moja ocena: 7/10

Bronson

Zalety. Przede wszystkim narracja. Subiektywna, doskonale pasuje do opowiadanej historii. Bohater przedstawia swoje losy: widzom – siedząc prosto przed kamerą i patrząc w nią; wymyślonej publiczności – przed którą daje show spełniając swoje marzenie; także jako głos z offu.



Właśnie głównie dzięki narracji, początek jest bardzo dynamiczny i przyciągający uwagę. Fabuła rozwija się szybko i, jak na film biograficzny, zaskakująco dużo się w niej dzieje. Nie dowiadujemy się zbędnych pierdoł, tylko kluczowe fakty ważne dla dalszych wydarzeń.

I wreszcie przechodzimy do spektaklu przemocy. Bohater z lania po mordach próbuje uczynić sztukę i zasłynąć w tej dziedzinie jako mistrz. Tylko w pewnym momencie, zaczynamy z nim sympatyzować. To bezwzględny morderca, zero moralne, człowiek szalony, a zostaje pokazany jako fajny kolo. Taki drugi Rambo, który z gracją leje pięciu policjantów w pojedynkę. Z tym, że Rambo walczył w dobrej wierze, przeciw niesprawiedliwości. Mordując walczył o życie. Bronson po prostu się bawi w zabijanie. Przez to życie ludzkie w tym filmie sprowadzone jest do tej samej roli, co w grze komputerowej, a mordowani policjanci to nie istoty ludzkie, ale anonimowe, ruchome cele.



Wszystko przez to, że film przedstawia zawężony obraz świata. Pomija moralny aspekt kolejnych wydarzeń. Jest strasznie ubogi psychologicznie. Zauważcie, że nie ma tu w ogóle emocji bohaterów. Bronson to robocop, który nie czuje bólu ani żadnych uczuć. Czasem tylko się głupkowato uśmiechnie. Pozostali bohaterowie też są sztuczni, przybierają tylko określone pozy. Nawet psychologia bibliotekarza, który został zakładnikiem Bronsona w jego celi, ogranicza się do zmarszczenia czoła... W końcu to fajny film o fajowskim gościu, co ładnie lal w mordę, więc tu nie ma czasu na takie pierdoły. Musi być akcja.

Wiem, że spłycam, bo w końcu, abstrahując o jakości i głębokości obserwacji, to studium psychiki wariata z całym podłożem, które sprawiło, że Michael Peterson stał się Bronsonem. Z tym, że ja tego nie kupuję.



Bronson
reż. Nicolas Winding Refn, 2008

Moja ocena: 6 /10

środa, 9 lutego 2011

Pewnego razu na Dzikim Zachodzie




Niezwykłej klasy to film. Przywodzi mi na myśl okazałego pawia dumnie stojącego w podniesioną głową i chwalącego się swoim pięknym ogonem. Dystyngowany, pełen gracji i elegancji. Ma poczucie własnej wartości. Pod tym względem porównywalny go chyba jedynie do „Ojca Chrzestnego”.

Trudno nie docenić tego rytmu, wyważenia, nieśpiesznego tempa. Tych ciasnych, krojonych co do centymetra, zdjęć oraz wzniosłej i eleganckiej muzyki. No, i przede wszystkim, wspaniałego kunsztu reżyserskiego widocznego w każdej sekundzie trwania filmu.

Swoim dopracowaniem, warsztatowym perfekcjonizmem popartym pomysłowym stylem powoduje opad szczęki i pełen zachwyt. Olśniewa i onieśmiela.

Jednak nie wolno oglądać go na kolanach. W przeciwnym wypadku umknie nam fakt, iż to tylko bajka o dzielnych kowbojach, którzy prowadzą drętwe gadki z zaciśniętymi zębami, zastraszają się wzajemnie, uganiają za sobą na koniach i czasem strzelają. Nic bardziej sensownego i złożonego.

Wiem, że ładny, wciągający i fajny to film. Tylko ja jestem takim widzem, że gdy się gonią i strzelają, to zupełnie nie interesuje mnie, kto na końcu kogo złapie i zabije, choćby nie wiem jak barwnie zostało to przedstawione. Dla mnie ważne jest to, co z tego gonienia i strzelania wypływa oraz jakie są tego przyczyny.











Pewnego razu na Dzikim Zachodzie / C'era una volta il West
reż. Sergio Leone, 1968

Moja ocena: 7/10

wtorek, 8 lutego 2011

Zgadnij, kto przyjdzie na obiad




Świetnie skrojony dramat rozgrywający niemalże w całości w jednym domu. Udział w nim wzięło 8 bohaterów, a każdy z nich był doskonale zarysowany charakterologicznie, każdego zachowania, emocje i poglądy logicznie wypływały z kolejnych wydarzeń i znajdowały się we właściwym miejscu oraz czasie.

Po krótkim wstępie jasno postawiono problem, a następnie umiejętnie rozwijano go fabularnie pod wieloma względami. Mimo małej ilości akcji oraz przewagi dialogów nad obrazowo opowiadanymi scenami, łatwo można się wciągnąć. Wszystko dość klarowne, twardo osadzone w ówczesnej rzeczywistości. Dobrze zagrane, porządnie zrealizowane.

Końcowe patetyczne przemówienie dobrze wpasowane w całość, a dzięki temu nawet zjadliwe. Fototapety zamiast krajobrazów oraz inne tandetne hollywoodzkie sztuczki zostawiają lekki posmak, ale to nie on pozostaje w pamięci po seansie.


Zgadnij, kto przyjdzie na obiad / Guess Who's Coming to Dinner
reż. Stanley Kramer, 1967

Moja ocena: 8/10

poniedziałek, 7 lutego 2011

Człowiek, który spadł na ziemię




Niejasna, rozwlekła, fragmentaryczna fabuła. Drobne błędy to tu, to tam. Chwilami nie wiadomo, o co chodzi. Kto jest kim, co tu robi, jakie ma znaczenie dla całego filmu... i czy w ogóle on, a także scena z jego udziałem, ma jakiekolwiek znaczenie, czy wycięcie jej cokolwiek by zmieniło(?!)

Ale czy to wada? Nie wiem. Trudno mi ocenić ten film w miarę obiektywnie. Bo z jednej strony, scenariusz postrzelony i chwilami wręcz zły... z drugiej, wielka oryginalność, magia filmu, u której źródeł leży chyba niestandardowy skrypt.

Ogólnie dzieło jest warte uwagi. Mało w nim słów, dużo obrazów oraz doskonałej muzyki – to lubię, do tego mam słabość.

Całość dosłownie kosmiczna. Spada dziwnie wyglądający gościu na Ziemię, jeździ limuzyną, opatentowuje różne rzeczy, chleje wodę litrami i mdleje jadąc windą. Zupełnie nie jest komunikatywny, a mimo to zakochuje się w nim pewna dziewczyna i rodzi się między nimi dziwaczny romans.

Przebitki rozmaitych wizji bohatera oraz ujęć kosmitów. Niespodziewane przeskoki w czasie – nagle mija wiele lat.

Jedna wielka metafora, której chyba nie należy traktować dosłownie oraz odczytywać scena po scenie. To jedna całość, myśl wyrażoną poprzez medium jakim jest film. Historia jakiegoś gościa, który spadł na ziemię to tylko pretekst, aby coś powiedzieć. Ona sama w sobie zupełnie jest nieważna. Pełni tylko rolę wyrazów, za pomocą których autor formułuje zdanie. Nie należy skupiać się na wyrazach, ale na treści wyrażonej przez to zdanie. Ta wydaje mi się głęboka.


Człowiek, który spadł na ziemię / The Man Who Fell to Earth
reż. Nicolas Roeg, 1976

Moja ocena: 8/10

czwartek, 23 grudnia 2010

Dirty Dancing




Niesamowicie zbanalizowany wątek aborcji. Został do tej historii w stawiony chyba tylko po to, aby rozgrywać względy ojca Frances pomiędzy dobrym chłopcem, przyszłym lekarzem, który okazuje się zimnym draniem, a naszym super bohaterem Johnnym. Sama aborcja w tym filmie nie ma najmniejszego znaczenia, jest potraktowana jak zabieg wyrwania chorego zęba. Na żadnym z bohaterów to nie wywołuje najmniejszego wrażenia.

Sama postać głównego bohatera – Johnnego – została stworzona pod psychikę kobiet. Jest on z pozoru silnym, intrygującym, przystojnym „złym chłopcem”, a okazuje się przy bliższym poznaniu czuły, delikatny i dobry. Jego pozytywne cechy zostały do granic możliwości rozciągnięte i uwypuklone. Dzięki temu widzowi może umknąć nawet fakt, że jest on męską prostytutką.

Ogólnie on, jak i wszyscy pozostali bohaterowie, jest niesamowicie jednowymiarowy, a jego osobowość jest odrobinę niespójna i rysowana na potrzeby konkretnych scen.

Frances również plastikowa. Przeżywa piękne marzenie o wyjątkowym romansie na wakacjach, z którym mają się utożsamiać widzki. Taki taneczny Romeo i Julia. Dziewczyna z dobrej rodziny i chłopak, który nie pasuje, nie jest akceptowany przez rodziców. Ona się wymyka, ryzykuje, ma trochę adrenaliny, a dzięki temu przeżywa wspaniałe chwile.

Wszystko rozgrywa się dość szablonowo od początku do końca... uwzględniając wielki taneczny happy end i tuż przed nim smutne rozstanie i inne zawirowania.

Typowa Hollywoodzka bajka. 100% fajności, niewiele procent poziomu artystycznego.

Oglądało się dobrze. Muzyka sprawiała, że nóżka chodziła. I gdybym miał wybierać Step Up-y, Tańce z gwiazdami, na lodzie, w wodzie, czy tam gdzie, to wybrałbym Dirty Dancing.


Dirty Dancing
reż. Emile Ardolino, 1987

Moja ocena: 4/10

niedziela, 12 grudnia 2010

Once




Film o miłości, muzyce, miłości do muzyki, miłości do gitary... o wolności, imigracji, skomplikowanych życiowych losach.

Nastrój wspaniale wpisuje się w rytm melancholijnej muzyki, ona sama zaś doskonale wypełnia film. Bardzo ciekawa ścieżka dźwiękowa.

Dobre aktorstwo - dzięki niemu nieśmiałe uśmiechy przekonują, drobne zakłopotania wydają się prawdziwe.

Wśliznąć się można niepostrzeżenie i odpłynąć wraz z rytmem ciągniętych ze strunami słów piosenek...

Jeśli spojrzymy na trzeźwo, zauważymy banalną fabułę o niełatwych miłostkach i ciężkim życiu oraz tendencyjny rozwój wydarzeń. Przewidzimy kolejne drobne zawirowania między bohaterami, ich życie wyda się papierowe, a cały film bajką - skażoną nieco rzeczywistością, ale wciąż tylko grzeczną i ładną bajką.

Ale od kiedy ja patrzę trzeźwym okiem?


Once
reż. John Carney, 2006

Moja ocena: 5/10

środa, 17 listopada 2010

Koralina i tajemnicze drzwi




Bardzo ciekawa bajka.
Fabuła barwna, umiejętnie poprowadzona, gęsta i wciągająca.

Dziewczynka się nudzi sama w dużym, pustym, starym domu. Rodzice nie mają dla niej czasu, na nic jej nie pozwalają, pochłonięci są doszczętnie pracą. Sąsiedzi ją ignorują, przekręcają jej imię. Koralina odkrywa równoległy, lepszy świat, w którym mama i tata się nią zajmują, pysznie gotują i sprawiają jej wiele przyjemności. Sąsiedzi są otwarci i fascynujący. Wszystko jak z bajki, ale niewiele czasu potrzeba, by bohaterka odkryła mroczną stronę tego drugiego domu oraz to, iż pozorne spełnienie jej marzeń było jedynie przynętą okrutnej czarownicy... Dalej walka z nią, próba uratowania innych dzieci i takie tam przygody, które aż proszą się o to, by zrobić grę komputerową na ich podstawie.

Do tego całość pełna ciekawych postaci – dziecko sąsiadów, kot, pan tresujący myszy, grube artystki. Bardzo interesująca przestrzeń – stary, straszny dom na odludziu, głęboka studnia itd.

Dobra animacja udająca prawdziwe zdjęcia filmowe. Jest tu głębia ostrości, są tradycyjne kadry.

Ciekawy dźwięk, sensowne dialogi, przygoda, groza, humor – wszystkiego w sam raz.

I teraz najważniejsze - nie ma słodzenia i ugłaskiwania. Nie ma przesadnego koloryzowania i cenzurowania świata na potrzeby małoletniego odbiorcy. Jest trochę smutku, są problemy i ich rozwiązania, są wartości trwalsze niż dmuchany balonik z myszką Miki.

Warto... szczególnie, gdy samemu jest się dużym dzieckiem :)


Koralina i tajemnicze drzwi / Coraline
reż. Henry Selick, 2009

Moja ocena: 7/10

piątek, 12 listopada 2010

Ściana



Postaram się dość ostrożnie napisać kilka słów o tym filmie, gdyż na muzyką się nie interesuję -> na muzyce się nie znam, więc nie chciałbym palnąć tu jakiś strasznych głupot, za które znawcy tematu zaraz by mnie powiesili na trzepaku (nie powiem za co).

Ten znakomity obraz Alana Parkera jest filmową interpretacją legendarnej płyty Floydów. Jedyną treścią tego dzieła jest treść płyty „The Wall” z 1979 roku. Parker gra kolejne utwory w kolejności zgodnej z tą na płycie. Obrazuje tekst ukazując na ekranie losy bohaterów (dwóch, jednego?). Spaja kolejne utwory w całości, płynnie przechodzi z treści jednego do drugiego. Prowadzi spójny dialog z widzem mówiąc muzyką i obrazem. Traktuje słowa piosenek zarówno dosłownie, jak i metaforycznie, uwypuklając oraz czasem dodając coś od siebie.

Budowanie wokół siebie muru, zakładanie masek, poddawanie się systemowi i wiele, wiele więcej. Do tego mnóstwo interesujących pomysłów na sceny i oddanie niepokojącego nastroju płyty.

W mojej ocenie to film bardzo dobry. Wielkie wrażenie zrobił na mnie, gdy ponad 4 lata temu widziałem go po raz pierwszy. Teraz wrażenie mniejsze, ale treść wciąż aktualna, warta zastanowienia się.

A „Ściana” jest chociażby o tyle wyjątkowa, że często spotyka się filmowe adaptacje literatury, ale filmowe adaptacje płyty z muzyką można policzyć na placach... w zasadzie, ja w tej chwili nie przypominam sobie żadnej innej (nie licząc obrazów w stylu „Mamma Mia!”).


Ściana / Pink Floyd The Wall
reż. Alan Parker, 1982

Moja ocena: 8/10

niedziela, 24 października 2010

Małe dzieci



Oni byli jak małe dzieci, jak ćmy lecące do światła i spalające się od jego ciepła.

Są filmy, których klasę widać od pierwszych sekund. Zachwycają każdym kadrem, w każdym ujęciu widać kunszt reżysera. Nie trzeba oglądać więcej niż 2 minuty, by dostrzec ich walory estetyczne i czysto filmowe. Wprawne oko doświadczonego widza po fragmencie zwiastunu potrafi rozpoznać dzieło warte obejrzenia.

Obraz Todda Fielda na pewno do nich nie należy. Jest z pozoru bardzo zwyczajny. Gdyby opowiedzieć jego fabułę w kilku krótkich zdaniach, można dojść do wniosku, że już wiele takich widzieliśmy. 

Dopiero po bliższym przyjrzeniu się sposobowi narracji i ukazywania emocji bohaterów widać, że nie mamy do czynienia z kolejną pospolitą historyjką o romansie dwojga ludzi nieszczęśliwych w swoich małżeństwach.

Trzeba dać historii czas się opowiedzieć. Ona powoli się rozkręca, powoli gęstnieje naświetlając obraz postaci – ojca i kochanka, matki i kochanki - oraz pozostałych pierwszoplanowych - pedofila, a także ex-policjanta. Narrator wszechwiedzący z humorem opowiada, podsumowuje, uzupełnia. Losy bohaterów  się krzyżują, przeplatają i stają co raz bliższe widzowi. Wszystkich łączy jedno – życiowe błędy, brak zrozumienia dla błędów innych i.... tutaj niech każdy sobie dopowie.

Pomijając standardowe usterki w stylu - Kate Winslet w makijażu wychodzi z pod prysznica – nie podobało mi się dość gwałtowne zakończenie. Pozostawiło jakiś niedosyt, gdyż niewyjaśnione zostały dalsze losy. Są dwie opcje – albo każdy ma sobie sam dopowiedzieć, co było dalej, albo zostawiona została furtka dla drugiej części filmu (takie serialowe zagranie z tym „tutaj zaczyna się przyszłość”).

Poza tym, film bardzo dobry. Niezła dramaturgia, dużo emocji na ekranie. Psychologia postaci przekonująca, angażująca nieco widza. Dynamika kontrolowana, w zależności od potrzeby cisza, błoga sielanka lub szybka zmiana wydarzeń.

Zdecydowanie warto! 



Małe dzieci / Little Children
reż. Todd Field, 2006

Moja ocena: 8/10