Pokazywanie postów oznaczonych etykietą europejskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą europejskie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 sierpnia 2016

Zawieszony krok bociana



Kino najwyższej próby. 

Wystarczą dwa zdania, aby streścić całą fabułę tego filmu. Jeżeli opowiemy komuś o tym dziele streszczając jedynie zawarte w nim wydarzenia i fakty, może on dojść do wniosku, że jest to film nieciekawy. Nie jest to masowe, pełne fajerwerków scenariuszowych kino, które, łechcząc widza, z każdej strony sypie żartami, zwrotami akcji i cudami nie z tej ziemi... bo nie o fabułę tu chodzi, lecz jej bohaterów oraz o to, jak reżyser filmu prowadzi dialog z widzem.


Jest to bowiem jedno z najwyższych osiągnięć sztuki filmowej. Film, który ogląda się, jak życie. Dzięki doskonałemu tempu, narracji, specyficznemu rodzajowi ujęć i scen, widz przechodzi przez otwarty ekran do środka świata filmowego. Staje się częścią tego miejsca i tego czasu. Bohaterowie filmu są dla widza prawdziwymi ludźmi, których poznaje podczas seansu. Emocje bohaterów obchodzą widza, jak uczucia znajomych, przyjaciół, bliskich. Razem z bohaterami filmu, widz przeżywa fragment ich życia. Poprzez seans, doświadcza życia innych tak, jakby sam miał w nim swój udział. Dzięki temu, wychodzi on z seansu bogatszy.

"Zawieszony krok bociana" trafia w samo sedno istoty sztuki filmowej. Rozwija u widza poczucie piękna. W sposób nieoczywisty, opowiada o duchowości i dążeniu do szczęścia oraz ideałów. Stawia pytania, na które nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Portretuje relacje międzyludzkie wzbudzając u widza empatię. Wreszcie, już całkiem przyziemnie, porusza (w 1991 roku!) temat problemu uchodźstwa i emigracji. Nawet pojawia się tu historia o wędrówkach ludów spowodowanych zmianami klimatu (!?). Wreszcie, są tu osobiste problemy, dramaty, wątpliwości i ból.

Wiele jest tu doskonałych scen, jak ta ze ślubem pomiędzy panną i panem młodym, stojącymi po przeciwnych brzegach rzeki granicznej. Nie ma zbędnych przyśpieszeń. Wszystko trwa naturalnie długo, wiele ujęć nawet kilka minut, a każdy element kadru ma swoje znaczenie. Sporo tu metafor, drugich i trzecich znaczeń. Nic nie pada wprost z ekranu, bo nic nie jest czarno-białe, jak to w życiu.


Bohaterowie są ludźmi z krwi i kości. Posiadają wady i zalety, przeżywający chwile szczęścia i bólu. Gra aktorska to popisy Patrikareasa, Mastroianniego i Moreau, które nie wylewają się z ekranu na widza, lecz ich geniusz objawia się w detalach, drobnych grymasach, a przede wszystkim w tym, że każdy z nich posiada swoją treść, znaczenie. Tu nie ma wydmuszek.

O reżyserii pisać nie będę, bo wszystko, co napisałem wyżej, układa się w laurkę dla Angelopoulosa. Pochwalę jeszcze muzykę, która podkreśla poetyckość najpiękniejszych ujęć.

Wspaniały! Arcydzieło!

"Zawieszony krok bociana" nagrodziłem znakiem jakości KYRTAPS Poleca!


Zawieszony krok bociana
reż. Theodoros Angelopoulos, 1991

Moja ocena: 10 /10

Ruda wiewiórka

...czyli Almodovar by tego nie wymyślił.



Cała historia jest nieco postrzelona, jakby narodziła się w głowie wariata. I tak właśnie się ją ogląda. Pasują do niej bohaterowie, którzy do najbardziej normalnych nie należą. W powietrzu unosi się psychodeliczna atmosfera, która utrzymuje się cały film, budując u widza uczucie niepokoju. Bohaterowie są w ciągłym zagrożeniu, choć nikt ich nie goni. Realizują swoje chore plany posługując się kłamstwem.


Nic nie jest tu oczywiste. Widz cały film jest umiejętnie zwodzony przez twórców filmu. Jeżeli coś wydaje się zrozumiałe i już wyjaśnione, prędzej czy później okaże się, że było zupełnie odwrotnie. Mimo, że historia jest dosyć karkołomna, całość układa się w spójny i logiczny obraz. Nawet najbardziej niewiarygodne zagrania i wątpliwości widza, od razu są wyjaśniane i uzasadniane.

Utrzymuje się atmosfera napięcia, a niektóre sceny są niczym wyrwane z dobrego dreszczowca. Sporo tu metaforycznych ujęć i symboli. Wiele wyjaśniają liczne sceny oniryczne. Nie brakuje także odrobiny surrealizmu.


Dominuje jednak chory romans pomiędzy dwojgiem głównych bohaterów. Ona ma wypadek na skuterze i traci pamięć. On wykorzystuje to, wmawiając jej, że jest jej facetem i że mieszkają razem.

Zdjęcia i muzyka jakoś szczególnie nie zachwycają, wręcz nie zwraca się na nie uwagi podczas oglądania filmu. Reżyser też jakoś szczególnie nie popisuje się autorskimi zagraniami. Tempo filmu jest dość duże, ale dłuższych pauz nie brakuje, bo ten szalony wir pasuje do treści oraz do niezwykle karkołomnej i odjechanej historii dwojga bohaterów, ich wzajemnych gierek w chorej relacji. To własnie scenariusz sprawia, że ten film jest tak wyjątkowy, unikalny, oryginalny. To on gra tu pierwsze skrzypce. Sprawia, że ten obraz ma szansę zrobić na Was wrażenie podczas seansu, a myśl o nim może pozostać z Wami nieco dłużej po seansie. Zrozumieć zachowania bohaterów i odnaleźć w nich cząstkę siebie na pewno będzie bardzo trudno, jednak całość jest dosyć przekonująca, więc jest w niej jakaś prawda.

Dzieło Julio Médema jest mało znane w Polsce, a szkoda, bo to kawał oryginalnego, bardzo dobrego kina, które postanowiłem wyróżnić, nagradzając znakiem jakości KYRTAPS Poleca!


Ruda wiewiórka
reż. Julio Médem, 1993

Moja ocena: 8 /10

poniedziałek, 28 września 2015

Piękna wieś pięknie płonie

Południowi Słowianie wielokrotnie zasłynęli ze zwariowanego i wesołego podejścia do spraw trudnych, a nawet ostatecznych. Typowymi, szerzej znanymi przedstawicielami postrzelonego, bałkańskiego kina są obrazy Emira Kusturicy, z jego „Undergroundem” na czele. „Piękna wieś pięknie płonie” doskonale wpisuje się w taką poetykę. Tu również bohaterowie przewracają się o świnie, a sceny ich śmierci przesiąknięte są humorem, któremu towarzyszy poczuciem godności i honoru. 



Film opowiada o bratobójczej walce, ale bohaterowie, uwięzieni w śmiertelnej pułapce, zamiast umierać z przerażenia, żartują, tańczą i śpiewają. Nikt nie próbuje tu wskazywać, kto jest katem, a kto ofiarą. Film pokazuje tylko, jak przyjaciel morduje przyjaciela, jak szwagier strzela do szwagra. Nikt nikogo nie ocenia. Tutaj nie ma dobrych i złych. W zasadzie jest jeden naród, dzieci marszałka Tito, które, choć śpiewają te same pieśni, to walczą ze sobą.

Film otwiera kapitalna, symboliczna scena. Marszałek Tito, podczas oficjalnego otwierania tunelu, przecinając czerwoną wstęgę rozcina sobie nożyczkami palec. Fontanna krwi tryska na stojącą obok dziewczynkę, a orkiestra przestaje grać. Dalej jest jeszcze lepiej... choć nie wszystko.

W scenariuszu panuje straszny chaos. Trudno się odnaleźć w tych wszystkich szybko biegnących wydarzeniach. Trudno się połapać, co rozgrywa się w jakim czasie. Co jest retrospekcją? Co dzieje się teraz? A w ogóle, to kto jest kim? Przez to pierwsze pół godziny to nie serbski, ale „czeski film”. Mimo tego całego zamieszania, ogląda się go znośnie, a gdy już przebrnie się przez ten bałagan i zacznie się kojarzyć kto jest kim oraz kiedy pokazany jest jako dziecko, kiedy w czasie wojny, a kiedy po niej, wszystko zaczyna się rozjaśniać i wciągać.



Piękna wieś pięknie płonie” to mocne kino niepozostawiające widza obojętnym.
Całość, choć jest zdystansowana, to dosadna.
Gdyby nie bałagan na początku, należałby ocenić ten film jeszcze wyżej, gdyż to jeden z lepszych obrazów o wojnie, jakie widziałem.

Zdecydowanie warto zobaczyć!


Piękna wieś pięknie płonie
reż. Srdjan Dragojević, 1996

Moja ocena: 8 /10

wtorek, 11 sierpnia 2015

Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu

O Tobie, Człowieku.


Obraz Pietera Bruegla pt. „Myśliwi na śniegu” pojawiał się w kinie kilkakrotnie. Między innymi, w filmie „SolarisAndrieja Tarkowskiego, jedna z bohaterek zaczęła lewitować wpatrując się w niego. Niedawno do filmu Tarkowskiego nawiązał Larsa von Triera w „Melancholii”. Teraz "Myśliwi na śniegu” wracają do kina. Chociaż w najnowszym dziele Roya Anderssona sam obraz się nie pojawia, to z niego zaczerpnięty został główny motyw filmu, a inspiracje nim widać także w tytule.

Gołąb, widoczny na obrazie Bruegla, usiadł na gałęzi i patrzy na bohaterów filmu Anderssona - ludzi krzątający się wte i wewte. Z poważnymi minami wykonują oni głupie czynności, mające sens tylko w danym wąskim kontekście. Jednak, gdy spojrzy się na nie z dalszej odległości, wrzucimy je w szerszy kontekst (sens życia, człowieczeństwo), to może okazać się, że z tej perspektywy są one wręcz śmieszne.

Podobnie, jak w poprzednich częściach trylogii „o istotach człowieczych”, każda scena to osobny, często znakomity, pomysł. Na przykład, facet w barze bierze za darmo piwo człowieka, który przed momentem zmarł. Robi delikatny unik, aby ominąć leżące na podłodze ciało, i myk, bierze łyka złocistego trunku. W kolejnej scenie, na łożu śmierci, dzieci wyrywają matce torebkę z biżuterią i pieniędzmi. Te sceny wcale nie układają się w jedną, spójną fabułę o klasycznej budowie, lecz jedynie łączą je ci sami bohaterowie oraz temat przewodni.



Nie jest to kino najłatwiejsze w odbiorze. Gra ono z widzem symbolami, odniesieniami. Otwarte jest na szereg interpretacji. Zmusza do myślenia, ale nie narzuca konkretnej drogi odczytywania przesłania, a tym bardziej nie zawiera żadnych gotowych wniosków i podsumowań. Ostatnia scena tylko (doskonale) zamyka całość, a każdy zrozumie ten film tak, jak uważa.

We wszystkich kadrach bohaterowie mają smutne i poważne miny. Obraz jest pozbawiony jakiejkolwiek dynamiki. Dominują pastelowe barwy, brakuje światła słonecznego, jest cicho. To wszystko składa się na zimną, północną, depresyjną atmosferę, z którego, pomimo szarości, smutku i powagi scen, co chwilę wylatują iskry fantastycznego humoru.

Strona formalna nie zawodzi. Może nie jest to już super oryginalne i świeże, ale Andersson konsekwentnie, w swoim stylu, bawi się kolejnymi scenami. Ustawia kamerę na statywie, wybiera plan ogólny i w nim, w jednym ujęciu, rozgrywa kilkuminutowe sceny.

Z jednej strony, kadry przypominają obrazy malarskie. Są one bardzo pojemne, świetnie przemyślane i estetyczne. W różnych ich częściach, jednocześnie obserwować możemy kilka różnych osób i wydarzeń. Z drugiej strony, są jak scena teatralna, na której tylko zmienia się scenografia.

Chylę czoła przed takim kinem autorskim.


Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu
reż. Roy Andersson, 2014

Moja ocena: 8 /10

czwartek, 22 stycznia 2015

Życie Adeli – Rozdział 1 i 2

Recenzja będzie krótka, bo ten film nie jest wart tego, aby dłużej się nad nim rozwodzić. 


Życie Adeli” jest nieestetyczne. Kamera się trzęsie, często szybko porusza, a ujęcia są krótkie. Brakuje pauz, a co dopiero jakiś, choćby najdrobniejszych, elementów poetyckich, metaforycznych. Kino powinno rozwijać w widzu poczucie dobra i piękna, a tutaj trzeba szukać ich ze świeczką.

Film jest mało skondensowany, by nie powiedzieć rozwlekły. Treści i sensu jest nim na góra godzinę, a przecież trwa on 179 minut! Sporo scen jest po prostu zbędnych. Na pewno zbędne są sceny porno, które są najdłuższe ze wszystkich. Nie ma w nich za grosz wyczucia dobrego smaku, nie ma piękna ani sensu. Gdyby je wyciąć, film niczego by nie stracił. Tym bardziej, że wszystko to można pokazać w dużo bardziej umiejętny sposób. Autorzy filmu chyba nie oglądali nigdy „HappyTogetherWong Kar Waia, czy choćby, także w dużej części erotyczno-pornograficznego, „Po tamtej stronie chmur” duetu Antonioni i Wenders. A może twórcy „Życia Adeli” scenami porno jedynie chcieli zszokować widzów?



Bohaterki zupełnie mnie nie przekonały. Zachowania nie zawsze przystawały do ich emocji. Rozwój kolejnych wydarzeń wydawał się w dużym stopniu nienaturalny. Nie wynikał z psychologii bohaterek, ale raczej z pomysłów scenarzystów, który coś sobie wymyślił i w tym kierunku pchali fabułę.



Pytanie, jakie po seansie mi się nasuwa, wiąże się z moimi niespełnionymi oczekiwaniami wobec „Życia Adeli”. Dlaczego tak przeciętny utwór wygrał najważniejszy festiwal filmowy na świecie? Pierwsza możliwa odpowiedź znajduje się w składzie jury 66. Międzynarodowego Festiwalu w Cannes. Przewodził mu Steven Spielberg, a wraz z nim najlepszy film wybierali m.in. Nicole Kidman i Christoph Waltz. Możliwą odpowiedzią nr 2 jest to, że ten rok był wyjątkowo słaby i nie było lepszego filmu, o czym może świadczyć wybór FIPRESCI (taki sam, jak jury konkursu głównego). Jednak, moim zdaniem, późniejszy zwycięzca Europejskich Nagród Filmowych - „Wielkie piękno” - był duuużżo lepszy dziełem. Odpowiedź nr 3 to zwykły przywilej gospodarzy – Francuzów - którzy od czasu do czasu muszą wygrać swój festiwal. Tak było chociażby w 2008 roku, gdy Złotą Palmę zdobyła „Klasa”, podczas gdy rywalizowało z nią co najmniej 5 lepszych od niej filmów: „Boski”, „Milczenie Lorny”, „Synekdocha, Nowy Jork”, „Walc z Baszirem” i „Gomorra”. Która odpowiedź jest poprawna, nie wiem. Może kilka jednocześnie?

Koniec tych gdybań, domniemań i teorii spiskowych. Film mi się nie podobał. Jedyne, co mogę pochwalić, to dobre światło. Reszta jest jedynie porządna i poprawnie zrobiona.

Życie Adeli – Rozdział 1 i 2
reż. Abdellatif Kechiche, 2013

Moja ocena: 6 /10

wtorek, 30 grudnia 2014

Lewiatan

Kawał solidnego, sensownego i głębokiego kina bez fajerwerków.


Dawno nie widziałem tak dobrego scenariusza. Ten film jednocześnie na wielu poziomach opowiada o rzeczach istotnych. Z jednej strony, stanowi obraz życia na dalekiej północy, gdzie rządzi władza autorytarna, gdzie szary człowiek musi się jej całkowicie podporządkować. Z drugiej strony, to obraz upadku człowieka i jego relacji z najbliższymi. Pojawiają się tu pytania o: sens życia bohaterów, kondycję ich sumień i słuszność dokonywanych przez nich wyborów.

Jak zwykle u Zwiagincewa, są tu świetne zdjęcia Mikhaila Krichmana, dużo otwartych przestrzeni i cisza. Sporo uwagi zostaje poświęcone psychologii wszystkich postaci, a wydarzenia na ekranie mają w niej odpowiedzi.



Moim zdaniem, reżyser trochę za bardzo skupia się na Merze, trochę za dużo w tym filmie jest demonizowania go. Niemniej, można to zrozumieć, gdyż zapewne ten obraz ma na celu również piętnowanie patologii w ojczyźnie reżyseria i walce z nią. Jakby nie patrzeć, to film odrobinę zaangażowany politycznie.

Można też mieć zastrzeżenia, co do zasadności i długości niektórych scen. Spodziewałem  się również większej poetyckości, metaforyczności w sposobie przekazywania treści, do czego przyzwyczaił mnie Andriej Zwiagincew swoimi poprzednimi dziełami.

Jednak w ostatecznym rozrachunku, „Lewiatan” jest filmem bardzo dobry.



 [krótka próba interpretacji – zawiera istotne szczegóły filmu]

Dom, choćby położony w najpiękniejszym miejscu, wybudowany własnymi rękoma, najwspanialszy i związany z historią rodziny, zawsze pozostanie tylko budynkiem – rzeczą materialną. Rzeczy materialne mają to do siebie, że są tymczasowe, nietrwałe. Bohater skupił się na walce o dom drewniany, ale zaniedbał ciągłą budowę domu rodzinnego – relacji z najbliższymi. Szczęście próbował budować na posiadaniu rzeczy materialnych, patrząc krótkowzrocznie w najbliższą przyszłość, nie dbając tym samym o własną duchowość, sumienie, nie zastanawiając się nad sensem życia. W efekcie, tracąc swój dom drewniany, stracił wszystko to, co miał. Jego życie się zawaliło. W trudnym momencie, spękane szwy relacji rodzinnych całkiem puściły, syn, żona i mąż pozostali sami ze sobą w wielkiej bezradności i poczuciu bezsensu.

Tymczasem, nieważne czy żyje się w dobrze zorganizowanych społeczeństwie, czy w skorumpowanym państwie władzy biurokratów i układów partyjno-kościelnych, gdzie mer stoi nad prawem, wszędzie są rzeczy dużo istotniejsze od drewnianego, samochodu, pieniędzy i wódki. Bez tego wszystkiego można osiągnąć szczęście, dzięki miłości do najbliższych, dobrze rozwiniętemu i czystemu sumieniu.

Jednak bohater filmu zaliczył upadki na każdym kroku. Najpierw zderzył się z układem rządzących, później zawiódł na przyjacielu, następnie stracił żonę i dziecko. Cierpiał jak Hiob, lecz cierpienie go zabiło, a nie uszlachetniło. Poszło ono na marne. Świat się nic nie zmienił - po zimie nadal przychodzi wiosna (ostatnie ujęcia), wszystko nadal wygląda tak samo, tylko Bohatera już nie ma.

Warto obejrzeć.

Lewiatan
reż. Andriej Zwiagincew, 2014

Moja ocena: 8 /10

niedziela, 19 października 2014

Geograf przepił globus

Dosyć lekkie, przystępne kino z ambicjami poruszania głębszych tematów. 


Geograf przepił globus” mogę podzielić na trzy części. Początek, który wygląda jak klasyczna komedia. Część drugą, moim zdaniem najsłabszą, nieco pokręconą, opowiadającą o wzajemnych zdradach, dziwnych przygodach miłosnych i postrzelonej relacji małżeńsko-koleżeńskiej bohaterów. Trzecią, najbardziej poważną i ambitną, rozgrywającą się na dalekim, rosyjskim odludziu.

Zapowiada się dziwacznie? I otóż to. Nie sposób pogodzić tak różne estetycznie i fabularnie części w jednym filmie. W efekcie, ten obraz jest zlepkiem różnych, nie do końca pasujących do siebie pomysłów. Scenarzysta zdecydowanie przesadził z upychaniem wszystkiego do jednego wora. Scenariusz wyszedł przekombinowany, mało spójny, słaby dramaturgicznie.

Do tego, w obrębie wyżej wymienionych części, ciąg kolejnych wydarzeń nie przekonuje, a portrety psychologicznie bohaterów są mgliste, mało wiarygodne – tak samo, jak ich decyzje, postawy wobec wydarzeń. Trochę w tym sztuczności. Razi  to o tyle, o ile film ma ambicje opowiadania o życiowych prawdach, emocjach.

Przemiany bohaterów pod wpływem wydarzeń są jedynie gdzieś w tle. Nie ma żadnego wyraźnego zwrotu. Wszystko się ciągnie w tym samym tonie.  



Jednak całość ogląda się dobrze (szczególnie część pierwszą i trzecią; podczas części drugiej, jedna osoba wyszła z sali kinowej). Film jest nieoczywisty, niesztampowy. W świat bohaterów można wejść i poddać się nastrojowi rosyjskiej rzeczywistości. Jest tutaj wiele powodów do śmiechu, a i treść jest warta zatrzymania się nad nią na chwilę.  

Obejrzeć można, lecz nie spodziewajcie się obrazu z najwyższej półki.


Geograf przepił globus
reż. Aleksandr Veledinsky, 2013

Moja ocena: 6 /10

czwartek, 9 stycznia 2014

Teoremat

Wspaniała poezja filmowa

To mój nr 2 na liście najwspanialszych filmów, jakie w życiu widziałem. Arcydzieło kompletne porażające treścią, prowadzące dialog z widzem, odnoszące się do jego doświadczeń, poglądów, duchowości, zmysłu estetyki. Perfekcyjnie wyreżyserowane i napisane. Przyprawione wspaniałą muzyką, opowiadające obrazem, a nie słowami padającymi z ust bohaterów. Parabola poetycka o niezwykle silnej, lecz niejednoznacznej wymowie. 

Stworzona przez wielce utalentowanego i równie kontrowersyjnego poetę, malarza i reżysera Pier Paolo Pasoliniego – nonkonformistę, marksistę, homoseksualistę zamordowanego podczas rzekomej próby gwałtu na niepełnoletnim chłopcu.  

Teoremat może być tłumaczony jako pojęcie w logice oznaczające tezę udowodnioną w pewnym obszarze zagadnień. Z języka greckiego "theoréma" to przedmiot oglądu lub intuicyjny widok. Po polsku człon "teo" wskazuje na związek znaczeniowy z Bogiem, a "remat" to składnik zdania wskazujący na treść dotyczącą wyróżnionego przedmiotu.


Uwaga. Dalsza część recenzji zawiera interpretację całej fabuły, zatem zdradza jej istotne elementy. Polecam najpierw obejrzeć film, samemu go zinterpretować, a następnie zapoznać się z poniższym tekstem.

Wydawałoby się, że rodzina właściciela wielkiej fabryki ma wszystko, co potrzebne jest człowiekowi do szczęścia. Otacza się luksusowymi dobrami materialnymi. Ma piękny dom z ogrodem, służbę i dużo pieniędzy. Ma przyjaciół i, przed wszystkim, siebie nawzajem.

Ci możni ludzie, zgodnie ze wzorcami kulturowymi, spożywają razem obiad przy wspólnym stole, ładnie się ubierają, są po prostu osobami z klasą. Wielu innych na pewno im tego zazdrości. W tym naszym, zwykłym, codziennym rozumieniu, osiągnęli oni w życiu wiele lub są na najlepszej drodze, aby to osiągnąć. 

Tymczasem, z szerszego, ostatecznego punktu widzenia, oni żyją na pustyni. Poruszają się tylko tu i teraz. Nie dbają o kondycję oraz rozwój duchowy. Ich życie przepełnia pustka, choć oni nawet sobie tego nie uświadamiają. Za bardzo są zajęci życiem z dnia na dzień i myślami skupionymi wokół spraw przyziemnych, aby zadać sobie pytanie o sens życia, aby dostąpić oświecenia i poczucia tej pustki, tej pustyni. 

Jednak pewnego dnia pojawia się w ich domu nieproszony, nieznany nikomu gość w białym sweterku. Nie wychodzi z przyjęcia wraz z innymi, ale zostaje na dłużej czując się zupełnie jak u siebie. Nikt przeciw jego wizycie nie protestuje. Jest z nim coś nie tak, wywiera on na domowników jakiś nietypowy wpływ. Ogólnie cała sytuacja jest jakaś dziwna.



Wreszcie się zaczyna. Następuje punkt zwrotny w fabule filmu i życiu jego bohaterów. Jako pierwsza wielką energię nieznanego Gościa odkrywa prosta, bogobojna sprzątaczka. Wydaje się, iż czuje się ona tym przytłoczona i niegodna obcowania z czymś tak wspaniałym. Próbuje popełnić samobójstwo, lecz Przybysz ją powstrzymuje. Sprzątaczka kładzie się na łóżko, lecz kontakt seksualny nie ma miejsca. Gość z powrotem zakrywa jej nogi. Dochodzi do kontaktu między tym dwojgiem na znacznie wyższym, duchowym poziomie. W tym momencie sprzątaczka zdaje się obcować z sacrum. To coś jak objawienie.

W dalszej kolejności Syn, Matka, Ojciec i Córka doświadczają kontaktu z Przybyszem. Moim zdaniem tylko w przypadku Córki możemy mówić o akcie seksualnym. Chodź nic nie zostaje pokazane, to świadczyć mogą o tym późniejsze słowa o staniu się kobietą. Niemniej, ewentualny seks jest tylko częścią objawienia czegoś nadludzkiego.

Wizyta Gościa odciska olbrzymie piętno na bohaterów. Cieszą się obcowaniem z nim. Jednak pewnego dnia, Przybysz odchodzi na zawsze. Zostawia bohaterów samych sobie. Ich życie nigdy więcej już nie będzie takie samo jak dawniej. Doświadczyli sacrum, a teraz ponownie przychodzi im żyć w profanum. Cierpią oni z tego powodu, gdyż tęsknota za świętością bardzo ich boli. Teraz samemu przychodzi im kroczyć drogą do tego celu. Dążyć do ideału duchowego żyjąc w świecie materialnym, czyli zmagać się z „kompleksem Tołstoja”.

Szybko okazuje się, że nie każdy z nich jest na to gotowy. Córka, która miała szukać drogi w swojej kobiecości, cierpi do tego stopnia, że nie wytrzymuje i popada w zapaść psychiczną. Przestaje się komunikować ze światem, trafia do szpitala. Matka szuka swojej drogi w przygodnym seksie z nieznajomymi, który nie daje jej spełnienia. Syn próbuje wyrazić się poprzez sztukę i w niej znaleźć sacrum. Wreszcie ojciec, który porzuca swoje bogactwo, porzuca wstyd, zdziera szaty i staje przed pracownikami takim, jakim Bój go stworzył. Przestaje wobec nich się wywyższać, prezesować. Jest tylko człowiekiem równym im w wymiarze duchowym. W tej swojej nagości cierpi krocząc nadal po pustyni, szukając sacrum, pokutując za swoją przeszłość.

Jedyną spełnioną wydaje się być Służąca. Wraca na wieś i tam medytuje. Staje się dla mieszkańców w pewnym sensie odpowiednikiem Przybysza, osobą przez niego posłaną. Nie przyjmuje posiłków, potrafi leczyć i lewitować. Ostatecznie jednak zakopuje się pokutne w ziemi nie po to, aby umrzeć, ale by płakać nad grzechami swoimi i świata.


W filmie podkreślana jest seksualność bohaterów choćby przez sugestywne ujęcia męskiego krocza i pośladów w obcisłych spodniach. Jednak, czy to nie jest wyznacznik stylu Pasolliniego? Film ma wymowę bardzo marksistowską, ale przecież nawet Jezus był socjalistą i rewolucjonistą.

Ostateczne pytanie pozostaje do końca otwarte – czy Przybysz był Bogiem czy demonem? Z jednej strony w pewnym sensie zbawił bohaterów otwierając im oczy na marność życia doczesnego, dając nadzieję obcowania z sacrum. Jednak czy wskazał im drogę do świętości? Czy dał nadzieję na ostatecznie, pośmiertne zbawienie? Czy pozostawił ich samych sobie w wielkiej rozpaczy, poczuciu pustki na życiowej pustyni, w wielkim bólu? A może to bohaterowie nie potrafili udźwignąć swojego krzyża, za bardzo doskwierał im „kompleks Tołstoja” i w swojej słabości przegrali walkę?

Arcydzieło!


Teoremat
reż. Pier Paolo Pasolini, 1968

Moja ocena: 10 /10

niedziela, 3 lutego 2013

Terraferma

Domini di Terraferma – Ziemia zamknięta

Zachęcam do przyjrzenia się temu ciekawemu i nieoczywistemu filmowi. Uważam, że warto poświęcić mu kilka kwadransów. Dlaczego – postaram się wyjaśnić za moment.

Z jednej strony jest to bardzo przystępna, słoneczna, wakacyjna historia w pięknej scenerii. Linosa, na której rozgrywa się akcja, jest małą, włoską wyspą leżącą między Maltą i Tunezją. Jej powulkaniczna sceneria oraz krystalicznie czysta, morska woda jawi się jako raj dla turystów. Bohaterowie zatem próbują trochę się wzbogacić i wynajmują swoje mieszkanie przyjezdnym. Gości czeka doskonały wypoczynek – rejs łodzią rybacką, zwiedzanie wyspy. Coś zaczyna jakby iskrzyć między synem właścicieli a młodą turystką. Szykuje się wakacyjna przygoda. Ona nawet pyta, czy może się opalać topless… i w tym momencie uderza nas drugie oblicze filmu.


Jest nim ciemne, smutne, problematyczne zderzenie z nielegalnymi imigrantami z Afryki. Przypływają oni na tratwach i pontonach. Często pozostają wiele dni na morzu bez jedzenia, picia, na pełnym słońcu. Ryzykują życie by dostać się do Włoch. Z jednej strony, prawo zabrania udzielania im pomocy. Z drugiej, empatia nakazuje ratować ich zdrowie i życie.

Poruszony został w tym filmie aktualny problem dotykający właśnie te włoskie wyspy. W trakcie tunezyjskiej jaśminowej rewolucji tysiące uchodźców przybywało na Lampedusę i Lionosę. Jednak ten polityczny i społeczny problem został tutaj pokazany od strony mieszkańców wyspy, a dokładnie z punktu widzenia młodego Filippo. Obserwujemy, jak powoli zaczyna się w nim gotować. Uderzają go dylematy moralne, wyrzuty sumienia zaczynają męczyć. Z jednej strony trzeba działać zgodnie z prawem, bo przecież już i tak podpadło się policji. Z drugiej, obowiązkiem człowieka jest ratować drugiego człowieka wołającego o pomoc. 


Te dwa oblicza filmu umiejętnie co rusz zderzane są ze sobą zaskakując widzów, wyprowadzając ich z konwencji. Już wkręcamy się w wakacyjny klimat, robi się miło, romantycznie i BAM, zaskoczenie. Całość niepokoi, dotyka ważnych problemów, a robi to w dość atrakcyjnej formie. Także na pozostałe elementy wykonania narzekać nie można, gdyż stoją na dobrym poziomie.

Nie jest to ani odrobinę ckliwe, czy układne. Czuć powiew świeżości płynący z fabuły oraz formy. Wszystko układa się w jedną, dobrą całość. 


Terraferma
reż. Emanuele Crialese, 2011

Moja ocena: 7 /10

wtorek, 29 stycznia 2013

Pszczelarz

Cztery lata temu przeżyłem niezwykły wieczór filmowy. Mianowicie, obejrzałem dwa niesamowite filmy nieznanego mi dotąd twórcy. Tymi filmami było „Spojrzenie Odyseusza” i „Pejzaż we mgle”, a tym twórcą był Theodoros Angelopoulos. Jego obrazy zachwyciły mnie do tego stopnia, że oba uznałem za arcydzieła oceniając je na 10/10, a dodatkowo „Pejzażowi we mgle” przyznałem znak jakości „KYRTAPS Poleca!”, aby wyróżnić go jeszcze bardziej, choć odrobinę nagłośnić i zarekomendować znajomym.

Od tego czasu, między innymi za sprawą retrospektywy Angelopolusa na festiwalu Era Nowe Horyzonty, na FilmWebie z pięćdziesięciu ocen, zrobiło się pięćset, z dwóch komentarzy, kilkanaście. Filmy Theo ogląda co raz więcej widzów – i słusznie. Także ja wracam dzisiaj do tego wspaniałego kina, poznaję kolejne pozycje z filmografii mistrza, a mój zachwyt nad jego kunsztem nie słabnie.


Pszczelarz” rozpoczyna się sekwencją, która powala na kolana. Każdy kadr, każdy najazd jest dopracowany do perfekcji, co sprawia, że wydobywa on z sytuacji dramaturgicznej niesamowicie wiele emocji.

Ruch w kadrze, praca kamery, gra aktorów zgrane ze sobą w taki sposób, że z tego filmu powinni uczyć się młodzi adepci sztuki filmowej. Moim zdaniem, Angelopulos pokazuje tu taką perfekcję, że chyba tylko w historii kina Robert Bresson może się z nim równać. Nic, tylko podziwiać, zachwycać się i odbierać przekaż, który płynie do nas z ekranu.


W powietrzu coś wisi. Mimo odbywającego się wesela uderza cisza, słychać w niej wewnętrzny ból. Bohater stoi nad przepaścią, życie, a raczej jego sens, właśnie mu się urywa.

Jednak nadzieja umiera ostatnia. Kilka minut później na ekranie, obserwujemy obraz człowieka, który jeszcze choć przez chwilę może pomyśleć, że jest komuś potrzebny, że ma dla kogo żyć. Jego relacje z napotkaną dziewczynką (ile ta aktorka miała lat? była chociaż pełnoletnia?) są chłodne, lecz nie gesty, słowa, ale czyny są najistotniejsze.

Wiele tu symbolicznych scen. Sporo także zwrotów nieoczywistych, zaskakujących widza. Całość jednak wykonana z wielkim wyczuciem estetyki i z umiarem. Tempo hipnotyzuje i nie pozwala oderwać wzroku. Z ekranu bije piękno nie tylko samej historii, ale także sposobu jej zrealizowania. Jeszcze długo po seansie te obrazy wracają w pamięci i nie pozwalają o sobie zapomnieć.

Czysta poezja.


Pszczelarz
reż. Theodoros Angelopoulos, 1986

Moja ocena: 9 /10

wtorek, 22 stycznia 2013

Elena

Wielki zawód

Już na samym początku powiem, że „Elena” bardzo mi się nie podobała. Wielkie nadzieje pokładałem w rozwijającej się twórczości Andrieja Zwiagincewa, więc tym bardziej jest mi przykro. Niestety, swojego gustu oszukać nie potrafię i muszę przeżyć wielki zawód.

W „Elenie” trudno doszukiwać się tych elementów, które w „Powrocie”  i „Wygnaniu” zachwycały. Do tej pory Zwiagincew tworzył kino bezkompromisowe, do bólu poetyckie, przepełnione symboliką, metaforyką. Wszystko było podporządkowane treści. Nie było mowy o modach, ułatwieniach fabularnych. Cały film jako dzieło skończone, pisane i wykonywane było od początku do końca w głębokim przekonaniu, w idei, w którą – miało się wrażenie – twórca głęboko wierzy i za którą podąża. Jego kino autorskie zanurzone było w tradycji kinematografii rosyjskiej oraz w filozofii, że ta forma wyrazu - sztuka filmowa - to dialog twórcy z widzem. W „Elenie” najwyraźniej twórca ma czkawkę… oby to nie odbijał mu się sukces debiutu. 


Fabuła dość oczywista. Najlepszym odstraszeniem od oglądania tego filmu mogłoby być streszczenie całej historii. Przelana na papier mogłaby zmieścić się w krótkim akapicie i brzmieć co najmniej banalnie. Tym bardziej, że gdy wreszcie następuje kulminacja, zwrot akcji, ona zaczyna być przerywana, aż nagle się urywa i kończy. Ma się wrażenie, że kolejne sceny są bardzo istotne, coś chce twórca przez nie powiedzieć, ale ostatecznie oglądanie ich jest stratą czasu, a i tak wszystko sprowadza się do gałęzi, na której tym razem wrona nie siedzi.

Jeżeli miałbym jeszcze trochę się poznęcać, dodałbym, że pierwsza godzina to nieudolne rysowanie świata, w którym dramat ma się rozegrać. Dlaczego nieudolne? Otóż trwa ono godzinę, pełno w niej zbędnych informacji, a na domiar złego pojawiają się dziwne, oderwane od wszystkie symbole, które z niczym się nie kleją. Bijąca po twarzy symbolika, w dodatku niepotrzebna, wciskana jest jakby na siłę.


Z rzeczy wartych uwagi pozostały tylko zdjęcia. One są klasą samą w sobie i pod tym względem, w stosunku do poprzednich filmów Andrieja, nic się nie zmieniło. Każdy kadr można śmiało drukować i wieszać na ścianie. Kompozycja, oświetlenie – znakomite. Muzyka natomiast to instrumentalne brzdęki rodem z hollywoodzkich dramatów obyczajowych.

Reasumując. Gdybym nie znał dotychczasowej twórczości Andrieja Zwiagincewa, stwierdziłbym, że to w miarę przystępny, średni, ambitny dramat obyczajowy, który miał potencjał, był chwilami ciekawy, ale słaby scenariusz i urwane zakończenie sprawiły, że raczej nie warto sobie nim głowy zawracać. 


Elena
reż. Andriej Zwiagincew, 2011

Moja ocena: 4 /10

czwartek, 3 stycznia 2013

Cezar musi umrzeć

Gdy śmierć Cezara nie przywraca wolności...

Bracia Taviani, laureaci znaku jakości „KYRTAPS Poleca!” za film „We władzy ojca”, są doskonałymi reżyserami. Udowodnili to już nie raz, a swoim najnowszym dziełem tylko potwierdzają moją opinię.

Zwycięzca Festiwalu w Berlinie, obraz „Cezar musi umrzeć”, ma wielką siłę wyrazu. Zawdzięcza to nie tylko koncertowi aktorskiemu prawdziwych więźniów(!), ale również świetnemu tempu oraz znakomitemu montażowi, który je udoskonala. Wiele w tym filmie jest przemyślanych ujęć i mistrzowsko rozpisanych scen, choć to w zasadzie półdokument.


Całość jest o tyle niezwykła, że więźniowie włoskiego zakładu karnego o zaostrzonym rygorze w murach swoich cel przygotowują się do wystawienia dramatu Szekspira „Juliusz Cezar”. Życie więzienne kryminalistów, morderców, członków mafii przeplata się z fabułą wystawianej przez nich sztuki i nadaje jej nowy wyraz. Wiele można dostrzec punktów wspólnych, analogii pomiędzy życiorysem aktorów, a fabułą dramatu. Dzięki temu sami bohaterowie przestają być dla widza zwykłymi zwyrodnialcami i ukazują swoje emocje, swoją ludzką twarz.


Ogląda się to znakomicie, lecz dopiero po zakończeniu przedstawienia następuje ostatni, krótki akt. Życie więźniów zderza się z rzeczywistością kontynuowania odsiadki. W tym momencie i my-widzowie, i oni, bohaterowie-więźniowie mają o czym myśleć.

Nietypowe, świetnie wykonane, głębokie kino. Mistrzowski film.
Gorąco polecam!


Cezar musi umrzeć
reż. Paolo Taviani, Vittorio Taviani, 2012

Moja ocena: 8 /10

niedziela, 23 grudnia 2012

Kauwboy. Chłopiec i kawka

Średnie kino ambitne

Dziesięcioletni chłopiec nie ma nikogo poza ojcem, który jest dla niego chłodny i szorstki. Twardą ręką wydaje rozkazy i zakazy. Nie pozwala dziecku nawet posiadać własnego zwierzątka, które mogłoby stać się jego jedynym przyjacielem. W tej sytuacji chłopcu pozostaje samotność i wymyślone rozmowy telefoniczne z mamą, która nie żyje. Zarówno on, jak i jego tata, najwyraźniej nie doszli do siebie po jej pogrzebie.


Tutaj filmowi z pomocą przychodzi motyw przewodni, czyli ptak, który wypadł z gniazda. Tytułowa kawka sprawia, że tę historię coś wyróżnia, że może ją zapamiętam na chwilę dłużej. Sceny zabaw dziecka z jego nowym przyjacielem wypadają korzystnie.

Ponadto całość jest jakaś inna, trochę dziwniejsza, niż podobne dzieła. W końcu nie codziennie mam okazję oglądać film z Holandii. "Kauwboy" to debiut, ale czuć w nim delikatnie odmienność reprezentowanego skrawka Europy.

Czy jednak można "Chłopca i kawkę" nazwać dobrym filmem? Moim zdaniem, nie. 


Historia doskonale wpisuje się sprawdzony schemat. Ma się wrażenie, że już to się wszystko gdzieś widziało, a pojawiające się kolejne wątki tylko w tym utwierdzają. W dodatku żadnych głębszych lub nowych treści fabuła nie rodzi sprowadzając się do tego, że następuje przemiana i tata wreszcie przytula syna mówiąc "przepraszam". Strasznie to płytkie, miałkie, nieproporcjonalne do czasu trwania.

Reasumując. Film ambitny, ale ubogi w treść. Fabuła schematyczna, z ciekawym motywem. Wykonanie porządne, czuć odmienność, inność holenderskiej produkcji. Całość dosyć sympatyczna, do pooglądania bez nadziei, że coś się z niej wyniesie. 


Kauwboy. Chłopiec i kawka
reż. Boudewijn Koole, 2012

Moja ocena: 5 /10

poniedziałek, 5 listopada 2012

Miłość

Podzieliłbym ten film na dwie części. Część główną, prawie dwugodzinną, oraz cześć drugą, zawierającą ostatnie 10-15 minut… nazwę ją haneke’owską. O części drugiej napisałem na końcu tego tekstu.

W części pierwszej obserwujemy zwykłych ludzi, którzy prowadzą zwykłe życie. Równie dobrze to mogliby być nasi rodzice lub my. Ukazana została prostota codzienności. To w niej dostrzec można miłość, jaką darzy się małżeństwo w podeszłym wieku. Haneke ucieka od sprowadzania tytułowego uczucia do zauroczenia, zakochania. Nie ma tu nastolatków, randek, pocałunków, romantycznych gestów. Miłość to wzajemny szacunek, otwartość na drugiego człowieka i dobro, jakim się go obdarza. Objawia się ona na ekranie poprzez zakładania płaszcza, wspólne posiłki, wspólne pasje bohaterów.

Jak pokazuje to dzieło, prawdziwa miłość ma wielką moc. Może ona wręcz stanowić sens życia. Dzięki niej człowiek jest w stanie znieść wiele - od bólu istnienia, przez ból fizyczny. W filmie jest piękna scena, w której bohaterka krzyczy „boli!”, a jej krzyk ustaje dopiero, gdy mąż siada obok i łapie ją za rękę.

To niezwykłe, jak Hanekemu udało się dostrzec piękno trudu pokonywania kolejnych dni życia. I tych, w których jest się szczęśliwym, i tych, gdy przychodzi choroba. Zarysowana przez niego sytuacja dramaturgiczna uderza swoją przyziemnością i prostotą. Jest wydarta prosto ze zwykłego mieszkania zwykłych ludzi. Osobiście również byłem świadkiem wylewu, który spotkał nagle mojego dziadka, więc tym bardziej to do mnie trafiło.

 

Dla nas Niemcy są mistrzami dokładności, zaś dla Niemców niedoścignionym wzorem w tym względzie są Austriacy. Haneke z chirurgiczną dokładnością uszył na miarę cały swój film. Każda scena, każdy dialog i wydarzenie zostało dokładnie zaplanowane i stanowi fragment układanki budującej tło dla emocji i wydarzeń. Chyba wszystkie fakty, jakie poznajemy na temat życia bohaterów, są później wykorzystane do uargumentowania emocji i zachowań. Niesamowite.

Styl typowy dla Mistrza Michaela. Długie, statyczne ujęcia z doskonale zaplanowanym ruchem i miejscem  wszystkich elementów w kadrze. Wręcz zalatywało Bressonem. Jednak czy aby na pewno końcówka filmu wynika z poglądów autora? Treści, jaką chciał nam przekazać? Ostatecznej wymowy, jaką chciał mu nadać? Czy może jest ona zabiegiem obliczonym na wywołanie kontrowersji? Na utrwalenie wizerunku autora, który opowiada o ciemnych zakamarkach ludzkiej duszy?

[spojlery – dalsza treść zdradza zakończenie filmu]

Niby bohater nie był wstanie już dalej dźwigać swojego krzyża. Niby także trochę podupadł na zdrowiu, ale żeby podczas pierwszych chwil słabości dokonać morderstwa... Nie wydaje mi się, żeby on to zaplanował, żeby o tym myślał. Czyli to było w przypływie chwili? Chciał jej oszczędzić cierpienia? Dokonał eutanazji, gdyż ona tego chciała, co przekazywała odrzucając jedzenie i picie? Nie kupuję tego zupełnie.

Mgliste jest także to, co się stało z bohaterem. Co on sobie po tym wszystkim myślał? Czy miał wyrzuty sumienia? Tulił się do gołębia, bo to niby ona? Pisał jakiś list, pamiętnik, ale coś z nim dalej albo po co go pisał? Za dużo tu rzuconych scen symboli-zagadek. Za dużo trzeba sobie samemu dopowiedzieć.

W końcówce także znalazły się zbędne ujęcia. Niepotrzebne było pokazywanie w wielominutowych ujęciach, jak zakleja taśmą drzwi i przygotowuje jej „pochówek”, skoro to wszystko widzieliśmy w pierwszej scenie. Siadła w tym momencie dramaturgia. 


Reasumując. Prawdziwa perełka współczesnego kina. Szkoda, że zraniona drobnym uszczerbkiem, jakim jest słabsze i, moim zdaniem, obliczone na rozgłos zakończenie.

reż. Michael Haneke, 2012

Moja ocena: 8 /10

czwartek, 25 października 2012

Koń turyński

Nietzsche ustami Tarra. Tarr językiem filmu.

Dla dwójki bohaterów Bóg umarł. Nastał nihilizm. Przestali oni doświadczać sacrum. Pozostała dla nich tylko doczesność i materia – ziemniaki na talerzu, drewno w piecu, koc na plecach. Są oni o krok od końca świata. Końca świata nie takiego, jaki znamy ze sztuki masowej – uderzenia meteorytu albo wielkiej powodzi. Koniec świata może tu oznaczać utratę sensu i celu. Bezsensowność, bezwartościowość ludzkich działań, a co za tym idzie, bezsens ludzkiego życia, istnienia tu i teraz, a także brak nadziei na życie po śmierci. Taki stan rzeczy jawi się jako piekło, piekło na ziemi. Cokolwiek bohaterowie nie zrobią i tak będą tkwić w błędnym kole bezsensu, w jednym i tym samym punkcie. 



Od tego nie ma prostej ucieczki. Jedynym ratunkiem wydaje się być wskrzeszenie z martwych Boga. Muszą stworzyć, wymyślić Go na nowo, sprawić by On dla nich zmartwychwstał.  Są jednak zbyt słabi. Nie są w stanie wydobyć z siebie choćby iskrę wiary. Zakończenie piekielnie smutne - nawet żar gaśnie, a los bohaterów sprowadza się do losu ich konia. 


Film trudny w odbiorze. Do bólu ascetyczny, pozbawiony akcji, dialogów, bezkompromisowy. Całość podporządkowana wyłącznie treści. Od pierwszej do ostatniej sekundy przemyślana i skrojona zgodnie z obraną koncepcją. Gra cieni, bez przerwy wiejący porywisty wiatr, smutek na twarzach. Wiele tu miejsca na zadumę, przemyślenia i zanurzenie się w mrocznym świecie "Konia turyńskiego".















Kino najwyższej próby. Sztuka filmowa przez wielkie S. Polecam!

Koń turyński
reż. Béla Tarr, 2011

Moja ocena: 9 /10

wtorek, 15 maja 2012

Strajk

Uf. Wreszcie udało mi się obejrzeć dobry film. Przeciwko wszystkim innym strajkuję! Już mam powyżej dziurek od nosa porządnych obrazów na jedno kopyto, których w ostatnim czasie widziałem kilka.


"Wtorek po świętach" - niby jeden z najlepszych rumuńskich filmów ostatnich lat. Okazał się wydumanym gniotem, który nie dość, że wałkuje bezpłciową historię, to jeszcze nie ma nic do powiedzenia i w wielominutowych ujęciach czeka, aż zesnobowany widz sam sobie coś dopowie będą przekonanym, że ogląda intelektualne, ambitne kino. W dodatku cały filmowy świat zdaje się krzyczeć z ekranu, jaki to w Rumunii jest dobrobyt. My i tak wszyscy wiemy, że tam furmanki z napitymi woźnicami jeżdżą po ulicach.


"W ciemności" to także taki film, że jak go nie obejrzycie, to niczego nie stracicie. W ogóle tematyka poruszana przez "polskie superprodukcje" zaczyna robić się chora. Od II wojny światowej minęło już 70 lat, a nasi szanowni twórcy filmowi dalej grzebią w jej brudach i szukają dla siebie pożywienia. To robi się ohydne. Czy Amerykanie też jeszcze ciągle kręcą filmy o wojnie w Wietnamie? A nawet jeśli, czy za 30 lat nadal będą to robić? Jakby tematów aktualnych, współczesnych było mało. Jakby współczesna Polska była pozbawiona materiału na dobre kino. A wystarczy spojrzeć - śmierć papieża, Smoleńsk, czy jakieś obecne Euro paranoje. Tak tylko - pierwsze z brzegu materiały na "wielkie kino narodowe", a zamiast tego, oni swoje... niech najlepiej nakręcą mega hit o ślubie Mieszka z Dobrawą. Nie dość, że całe "W ciemności" to formalna kalka setek innych filmów wojennych, to jeszcze zachowania bohaterów były jak dla mnie do bólu irytujące. Masakra. Zobaczcie sobie lepiej "Kanał" Wajdy.

Jednak głównym tematem tego wpisu miał być doskonały "Strajk" Eisensteina. To dzieło aż chce się oglądać. Ono żyje na ekranie pełnią życia. Oddycha poprzez genialny montaż i świetne tempo. W tym wszystkim szybko rodzi się pierwszorzędna dramaturgia, którą dodatkowo wzbogacała - w wersji, którą widziałem - świetnie dopasowana muzyka.



Pełno tu nowatorskich, jak na tamte lata, rozwiązań formalnych. One zaś, w znakomitej większości zrodzone zostały z potrzeby realizacji wizjonerskich pomysłów na opowiedzenie kolejnych wydarzeń oraz wzbogacenia ich poprzez komentarze. Całość bardzo czytelna przykuwa to srebrnego ekranu i z zaskakującą łatwością daje się pochłaniać. Sama również pochłania prowadząc dialog z widzem, przekonując go do sobie.

Po seansie aż chce się wywiesić czerwony sztandar na balkonie.

reż. Sergei M. Eisenstein, 1925

Moja ocena: 9 /10