Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 stycznia 2014

Teoremat

Wspaniała poezja filmowa

To mój nr 2 na liście najwspanialszych filmów, jakie w życiu widziałem. Arcydzieło kompletne porażające treścią, prowadzące dialog z widzem, odnoszące się do jego doświadczeń, poglądów, duchowości, zmysłu estetyki. Perfekcyjnie wyreżyserowane i napisane. Przyprawione wspaniałą muzyką, opowiadające obrazem, a nie słowami padającymi z ust bohaterów. Parabola poetycka o niezwykle silnej, lecz niejednoznacznej wymowie. 

Stworzona przez wielce utalentowanego i równie kontrowersyjnego poetę, malarza i reżysera Pier Paolo Pasoliniego – nonkonformistę, marksistę, homoseksualistę zamordowanego podczas rzekomej próby gwałtu na niepełnoletnim chłopcu.  

Teoremat może być tłumaczony jako pojęcie w logice oznaczające tezę udowodnioną w pewnym obszarze zagadnień. Z języka greckiego "theoréma" to przedmiot oglądu lub intuicyjny widok. Po polsku człon "teo" wskazuje na związek znaczeniowy z Bogiem, a "remat" to składnik zdania wskazujący na treść dotyczącą wyróżnionego przedmiotu.


Uwaga. Dalsza część recenzji zawiera interpretację całej fabuły, zatem zdradza jej istotne elementy. Polecam najpierw obejrzeć film, samemu go zinterpretować, a następnie zapoznać się z poniższym tekstem.

Wydawałoby się, że rodzina właściciela wielkiej fabryki ma wszystko, co potrzebne jest człowiekowi do szczęścia. Otacza się luksusowymi dobrami materialnymi. Ma piękny dom z ogrodem, służbę i dużo pieniędzy. Ma przyjaciół i, przed wszystkim, siebie nawzajem.

Ci możni ludzie, zgodnie ze wzorcami kulturowymi, spożywają razem obiad przy wspólnym stole, ładnie się ubierają, są po prostu osobami z klasą. Wielu innych na pewno im tego zazdrości. W tym naszym, zwykłym, codziennym rozumieniu, osiągnęli oni w życiu wiele lub są na najlepszej drodze, aby to osiągnąć. 

Tymczasem, z szerszego, ostatecznego punktu widzenia, oni żyją na pustyni. Poruszają się tylko tu i teraz. Nie dbają o kondycję oraz rozwój duchowy. Ich życie przepełnia pustka, choć oni nawet sobie tego nie uświadamiają. Za bardzo są zajęci życiem z dnia na dzień i myślami skupionymi wokół spraw przyziemnych, aby zadać sobie pytanie o sens życia, aby dostąpić oświecenia i poczucia tej pustki, tej pustyni. 

Jednak pewnego dnia pojawia się w ich domu nieproszony, nieznany nikomu gość w białym sweterku. Nie wychodzi z przyjęcia wraz z innymi, ale zostaje na dłużej czując się zupełnie jak u siebie. Nikt przeciw jego wizycie nie protestuje. Jest z nim coś nie tak, wywiera on na domowników jakiś nietypowy wpływ. Ogólnie cała sytuacja jest jakaś dziwna.



Wreszcie się zaczyna. Następuje punkt zwrotny w fabule filmu i życiu jego bohaterów. Jako pierwsza wielką energię nieznanego Gościa odkrywa prosta, bogobojna sprzątaczka. Wydaje się, iż czuje się ona tym przytłoczona i niegodna obcowania z czymś tak wspaniałym. Próbuje popełnić samobójstwo, lecz Przybysz ją powstrzymuje. Sprzątaczka kładzie się na łóżko, lecz kontakt seksualny nie ma miejsca. Gość z powrotem zakrywa jej nogi. Dochodzi do kontaktu między tym dwojgiem na znacznie wyższym, duchowym poziomie. W tym momencie sprzątaczka zdaje się obcować z sacrum. To coś jak objawienie.

W dalszej kolejności Syn, Matka, Ojciec i Córka doświadczają kontaktu z Przybyszem. Moim zdaniem tylko w przypadku Córki możemy mówić o akcie seksualnym. Chodź nic nie zostaje pokazane, to świadczyć mogą o tym późniejsze słowa o staniu się kobietą. Niemniej, ewentualny seks jest tylko częścią objawienia czegoś nadludzkiego.

Wizyta Gościa odciska olbrzymie piętno na bohaterów. Cieszą się obcowaniem z nim. Jednak pewnego dnia, Przybysz odchodzi na zawsze. Zostawia bohaterów samych sobie. Ich życie nigdy więcej już nie będzie takie samo jak dawniej. Doświadczyli sacrum, a teraz ponownie przychodzi im żyć w profanum. Cierpią oni z tego powodu, gdyż tęsknota za świętością bardzo ich boli. Teraz samemu przychodzi im kroczyć drogą do tego celu. Dążyć do ideału duchowego żyjąc w świecie materialnym, czyli zmagać się z „kompleksem Tołstoja”.

Szybko okazuje się, że nie każdy z nich jest na to gotowy. Córka, która miała szukać drogi w swojej kobiecości, cierpi do tego stopnia, że nie wytrzymuje i popada w zapaść psychiczną. Przestaje się komunikować ze światem, trafia do szpitala. Matka szuka swojej drogi w przygodnym seksie z nieznajomymi, który nie daje jej spełnienia. Syn próbuje wyrazić się poprzez sztukę i w niej znaleźć sacrum. Wreszcie ojciec, który porzuca swoje bogactwo, porzuca wstyd, zdziera szaty i staje przed pracownikami takim, jakim Bój go stworzył. Przestaje wobec nich się wywyższać, prezesować. Jest tylko człowiekiem równym im w wymiarze duchowym. W tej swojej nagości cierpi krocząc nadal po pustyni, szukając sacrum, pokutując za swoją przeszłość.

Jedyną spełnioną wydaje się być Służąca. Wraca na wieś i tam medytuje. Staje się dla mieszkańców w pewnym sensie odpowiednikiem Przybysza, osobą przez niego posłaną. Nie przyjmuje posiłków, potrafi leczyć i lewitować. Ostatecznie jednak zakopuje się pokutne w ziemi nie po to, aby umrzeć, ale by płakać nad grzechami swoimi i świata.


W filmie podkreślana jest seksualność bohaterów choćby przez sugestywne ujęcia męskiego krocza i pośladów w obcisłych spodniach. Jednak, czy to nie jest wyznacznik stylu Pasolliniego? Film ma wymowę bardzo marksistowską, ale przecież nawet Jezus był socjalistą i rewolucjonistą.

Ostateczne pytanie pozostaje do końca otwarte – czy Przybysz był Bogiem czy demonem? Z jednej strony w pewnym sensie zbawił bohaterów otwierając im oczy na marność życia doczesnego, dając nadzieję obcowania z sacrum. Jednak czy wskazał im drogę do świętości? Czy dał nadzieję na ostatecznie, pośmiertne zbawienie? Czy pozostawił ich samych sobie w wielkiej rozpaczy, poczuciu pustki na życiowej pustyni, w wielkim bólu? A może to bohaterowie nie potrafili udźwignąć swojego krzyża, za bardzo doskwierał im „kompleks Tołstoja” i w swojej słabości przegrali walkę?

Arcydzieło!


Teoremat
reż. Pier Paolo Pasolini, 1968

Moja ocena: 10 /10

wtorek, 15 maja 2012

Strajk

Uf. Wreszcie udało mi się obejrzeć dobry film. Przeciwko wszystkim innym strajkuję! Już mam powyżej dziurek od nosa porządnych obrazów na jedno kopyto, których w ostatnim czasie widziałem kilka.


"Wtorek po świętach" - niby jeden z najlepszych rumuńskich filmów ostatnich lat. Okazał się wydumanym gniotem, który nie dość, że wałkuje bezpłciową historię, to jeszcze nie ma nic do powiedzenia i w wielominutowych ujęciach czeka, aż zesnobowany widz sam sobie coś dopowie będą przekonanym, że ogląda intelektualne, ambitne kino. W dodatku cały filmowy świat zdaje się krzyczeć z ekranu, jaki to w Rumunii jest dobrobyt. My i tak wszyscy wiemy, że tam furmanki z napitymi woźnicami jeżdżą po ulicach.


"W ciemności" to także taki film, że jak go nie obejrzycie, to niczego nie stracicie. W ogóle tematyka poruszana przez "polskie superprodukcje" zaczyna robić się chora. Od II wojny światowej minęło już 70 lat, a nasi szanowni twórcy filmowi dalej grzebią w jej brudach i szukają dla siebie pożywienia. To robi się ohydne. Czy Amerykanie też jeszcze ciągle kręcą filmy o wojnie w Wietnamie? A nawet jeśli, czy za 30 lat nadal będą to robić? Jakby tematów aktualnych, współczesnych było mało. Jakby współczesna Polska była pozbawiona materiału na dobre kino. A wystarczy spojrzeć - śmierć papieża, Smoleńsk, czy jakieś obecne Euro paranoje. Tak tylko - pierwsze z brzegu materiały na "wielkie kino narodowe", a zamiast tego, oni swoje... niech najlepiej nakręcą mega hit o ślubie Mieszka z Dobrawą. Nie dość, że całe "W ciemności" to formalna kalka setek innych filmów wojennych, to jeszcze zachowania bohaterów były jak dla mnie do bólu irytujące. Masakra. Zobaczcie sobie lepiej "Kanał" Wajdy.

Jednak głównym tematem tego wpisu miał być doskonały "Strajk" Eisensteina. To dzieło aż chce się oglądać. Ono żyje na ekranie pełnią życia. Oddycha poprzez genialny montaż i świetne tempo. W tym wszystkim szybko rodzi się pierwszorzędna dramaturgia, którą dodatkowo wzbogacała - w wersji, którą widziałem - świetnie dopasowana muzyka.



Pełno tu nowatorskich, jak na tamte lata, rozwiązań formalnych. One zaś, w znakomitej większości zrodzone zostały z potrzeby realizacji wizjonerskich pomysłów na opowiedzenie kolejnych wydarzeń oraz wzbogacenia ich poprzez komentarze. Całość bardzo czytelna przykuwa to srebrnego ekranu i z zaskakującą łatwością daje się pochłaniać. Sama również pochłania prowadząc dialog z widzem, przekonując go do sobie.

Po seansie aż chce się wywiesić czerwony sztandar na balkonie.

reż. Sergei M. Eisenstein, 1925

Moja ocena: 9 /10

wtorek, 1 listopada 2011

Zawodowiec

Film z klasą.

Na początku zdradzę, bo po co ukrywać rzeczy, które i tak z tonu mojej recenzji po kilku zdaniach by wyszły, że ten film strasznie mi się spodobał. Przede wszystkim, czysto subiektywnie. Po seansie bez głębszego zastanowienia kliknąłem wysoką (za wysoką) ocenę na filmwebie oraz serduszko (tytuł trafił do ulubionych). Dnia następnego, dzisiaj, rozum doszedł do głosu i ocenę poprawiłem, ale serduszko - rzecz jasna - zostało.

Co ma w sobie takiego ten film, że trafił w mój gust - nie wiem. Na pierwszy rzut oka, to nic specjalnego. Na pewno nie jest oryginalny. Wyprodukowany w 1981 roku całymi garściami, wręcz bezwstydnie czerpie z serii o Jamesie Bondzie, która powstała i zyskała sławę dużo wcześniej. Właściwie główny bohater jest francuskim Bondem. Elegancko ubrany, przystojny, kobieciarz, tajny agent, profesjonalista, najlepszy z najlepszych, wszystkim gra na nosie.



Trochę ma wspólnego ma z "Rambem". Najlepiej wyszkolony człowiek do zadań specjalnych w pewnym momencie buntuje się, staje przeciwko swoim dawnym szefom, wśród których jest jego były dowódca. Ten nauczył go wszystkiego, co wiedział, a teraz uważa, że nikt nie jest w stanie go powstrzymać... Brzmi znajomo, nawet bardzo. Podczas seansu byłem przekonany, że to żywcem wzięte z "Rambo", ale na szczęście dla "Zawodowca" okazało się, że "Rambo" powstał rok później, w 1982 roku. Zaskakujące podobieństwo.

Ogólnie ten film wygląda na starszy, niż jest w istocie. Pewnie to przez nie za dobrze zmontowane specjalne efekty dźwiękowe - mam na myśli odgłosy kopania i uderzania w twarz. Z resztą, i tak pięści zatrzymują się 20 cm przed nosem, a osoba uderzona sztucznie upada. No... może trochę przesadzam.



Więc jakie walory ma to dzieło? Na pewno ma klasę - a to w filmach bardzo cenię. Klasa filmu widoczna jest zawsze już w pierwszych sekundach jego trwania. Klasę filmu można rozpoznać oglądając dosłownie kilka losowo wybranych sekund danego filmu. Klasę (wiem, że się powtarzam, ale nie znam synonimu) "Zawodowca" tym łatwiej było mi dostrzec, gdyż podczas wczorajszego, halloweenowego wieczoru w Kinie Piwnicznym najpierw obejrzeliśmy "Krzyk" - młodzieżowy horror idealny do popkornu z keczupem. Klasy tych dwóch filmów niesamowicie kontrastują ze sobą.

Oto napisy początkowe "Zawodowca":

Przepiękna muzyka Ennio Morricone towarzyszy nam przez cały film. Pojawia się w tle bardzo często doskonale współgrając z obrazem. Odtwórca głównej roli Jean-Paul Belmondo nie tylko gra bardzo dobrze, ale również wygląda, porusza się, ma posturę odpowiadającą charakterologii postaci. Ta zaś naturalnie wpisuje się w wydarzenia będąc ich integralnym elementem. Wszystkie zaskakujące rozegrania fabularne straciłyby na swojej jakości, gdyby postać głównego bohatera została inaczej napisana lub zagrana. Dla mnie to układanka, w której wszystkie puzzle pasują do siebie idealnie. W dodatku bohater - Josselin Beaumont - jest ideowcem gotowym umrzeć za swoje idee. To sprawia, że budzi moją sympatię jako widza, zaczynam mu kibicować i liczyć na to, że uda mu się pokonać chore systemy polityczne, których marionetkami są całkiem dobrzy ludzie.

Akcja chwilami porywa, jest z czego się pośmiać, a po seansie, co wspominać... Bo takich obrazów szybko się nie zapomina, wręcz takie filmy przypominają, jak wiele kino może dać radości.



Zawodowiec
reż. Georges Lautner, 1981

Moja ocena: 7 /10
ULUBIONY

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Idź i patrz

…bo od dzieci wszystko się zaczyna(?)

Jeden z najlepszych filmów wojennych, jakie dane mi było obejrzeć. Na pewno najlepszy film o II wojnie światowej.



Sprytnie opowiedziana historia: Jest młody bohater, który zaciąga się do armii. Jest też narracja subiektywna, która pozwala widzowi towarzyszyć bohaterowi - nastoletniemu Florji.

Razem z nim poznajemy szeroki wachlarz typowych wydarzeń dla tamtych strasznych czasów i tamtego, spowitego mgłami, pełnego mokradeł i biednych wiosek, miejsca. Bohater obłąkany, sparaliżowany strachem i tym, co zobaczył, błąka się po polu działań wojennych. Dzięki temu razem z nim obserwujemy nabór młodych mężczyzn do wojska, oddział i jego życie wewnętrzne, ludobójstwa, hulanki i swawole w niemieckich szeregach, sąd, egzekucje, gwałty, a także ostatnie gesty pomocy bliźniemu. Widać tu jak na talerzu bezradność, rozpacz, strach, bezwzględność, cierpienie.



Po bombardowaniu również i my nie słyszymy. Odłamki skał i gleba leci prosto w nas. Wpadamy w szaleńczy szał wraz z głównym bohaterem. Widać krew i ciała leżące pod stodołą.

Bardzo mocne to kino. Tylko i wyłącznie dla osób o mocnych nerwach. Wielu pewnie ten film śni się po nocach, ale to raczej normalne, w końcu to wojna, a trudno, aby obraz wojny nie wrył się głęboko w pamięci. W końcu to nie Szeregowiec Ryan.

Wielkie wrażenie zrobiła na mnie kreacja aktorska młodziutkiego Alekseya Kravchenko. Na jego twarzy było widać wszystko to, co zobaczył na wojnie. Stopniowo, wraz z rozwojem akcji, pojawiały się tam zmarszczki, mięśnie się napinały, usta zaciskały. Oczy mówiły wszystko. Słów nie trzeba było – to uwielbiam.

Ponadto moją uwagę zwróciła rola karabinu naszego bohatera. Ten symbol męskości, gotowości do walki znalazł się u boku niewinnego dziecka. Wiele razy Florja groził bronią różnym ludziom, wiele razy próbował ją odbezpieczyć, ale jedyne strzały oddał na samym końcu.



Jeżeli na coś miałbym ponarzekać, to tym czymś będzie sama końcówka. Film trochę był przeciągany, nie mógł się skończyć – takie odniosłem wrażenie. Nie jestem Elem Klimowem, ale ja bym dał strzał do obrazu, wyraz twarzy bohatera i koniec. Te archiwalne zdjęcia trochę przeciągały całość, szalony mastershot w lesie też był, moim zdaniem, zbędny. To jakby gloryfikacja radzieckiej armii była. A sam pomysł z tym, że od dzieci wszystko się zaczyna i zdjęcie małego Hitlera… hym… Chciałoby się cofnąć czas, ale że co? Chyba nie zrozumiałem. Tego się trzymam.

Doskonałe zdjęcia, świetny dźwięk, kapitalna reżyseria. Szczególnie jedna scena mnie powaliła. Florja znajduje bandaż i owija nim swój karabin. Dla mnie rewelacja!



Idź i patrz
reż. Elem Klimow, 1985

Moja ocena: 10 /10

sobota, 12 lutego 2011

Cena strachu




Niesamowity film!

Początkowo zupełnie niepozorny. Stopniowo zanurza widza w swój świat. Emanuje tropikalnym upałem. Naświetla życiową sytuację bohaterów, która stanie się kontekstem dla późniejszych wydarzeń. Powoli obnaża charakter oraz światopogląd postaci, a także ich wzajemne relacje, które dość szybko ulegają zmianie.

Wreszcie przechodzi do meritum. W sposób przekonujący ukazuje przerażającą prawdę, do czego zdolny jest człowiek, aby się wzbogacić. Nie dba o własne zdrowie i życie, ryzykuje je. Za nic ma przyjaźnie, znajomości i normy moralne. Jest zdolny do strasznych czynów, jeśli coś stanie na jego drodze.

Cała ta treść ubrana w znakomicie wymyśloną i napisaną, trzymającą w napięciu, dynamiczną historię.

Wielkie to kino, wspaniałe dzieło.
Dla mnie rewelacja.
Polecam.
















Cena strachu / Le Salaire de la peur
reż. Henri-Georges Clouzot, 1953

Moja ocena: 9/10

środa, 9 lutego 2011

Pewnego razu na Dzikim Zachodzie




Niezwykłej klasy to film. Przywodzi mi na myśl okazałego pawia dumnie stojącego w podniesioną głową i chwalącego się swoim pięknym ogonem. Dystyngowany, pełen gracji i elegancji. Ma poczucie własnej wartości. Pod tym względem porównywalny go chyba jedynie do „Ojca Chrzestnego”.

Trudno nie docenić tego rytmu, wyważenia, nieśpiesznego tempa. Tych ciasnych, krojonych co do centymetra, zdjęć oraz wzniosłej i eleganckiej muzyki. No, i przede wszystkim, wspaniałego kunsztu reżyserskiego widocznego w każdej sekundzie trwania filmu.

Swoim dopracowaniem, warsztatowym perfekcjonizmem popartym pomysłowym stylem powoduje opad szczęki i pełen zachwyt. Olśniewa i onieśmiela.

Jednak nie wolno oglądać go na kolanach. W przeciwnym wypadku umknie nam fakt, iż to tylko bajka o dzielnych kowbojach, którzy prowadzą drętwe gadki z zaciśniętymi zębami, zastraszają się wzajemnie, uganiają za sobą na koniach i czasem strzelają. Nic bardziej sensownego i złożonego.

Wiem, że ładny, wciągający i fajny to film. Tylko ja jestem takim widzem, że gdy się gonią i strzelają, to zupełnie nie interesuje mnie, kto na końcu kogo złapie i zabije, choćby nie wiem jak barwnie zostało to przedstawione. Dla mnie ważne jest to, co z tego gonienia i strzelania wypływa oraz jakie są tego przyczyny.











Pewnego razu na Dzikim Zachodzie / C'era una volta il West
reż. Sergio Leone, 1968

Moja ocena: 7/10

wtorek, 8 lutego 2011

Zgadnij, kto przyjdzie na obiad




Świetnie skrojony dramat rozgrywający niemalże w całości w jednym domu. Udział w nim wzięło 8 bohaterów, a każdy z nich był doskonale zarysowany charakterologicznie, każdego zachowania, emocje i poglądy logicznie wypływały z kolejnych wydarzeń i znajdowały się we właściwym miejscu oraz czasie.

Po krótkim wstępie jasno postawiono problem, a następnie umiejętnie rozwijano go fabularnie pod wieloma względami. Mimo małej ilości akcji oraz przewagi dialogów nad obrazowo opowiadanymi scenami, łatwo można się wciągnąć. Wszystko dość klarowne, twardo osadzone w ówczesnej rzeczywistości. Dobrze zagrane, porządnie zrealizowane.

Końcowe patetyczne przemówienie dobrze wpasowane w całość, a dzięki temu nawet zjadliwe. Fototapety zamiast krajobrazów oraz inne tandetne hollywoodzkie sztuczki zostawiają lekki posmak, ale to nie on pozostaje w pamięci po seansie.


Zgadnij, kto przyjdzie na obiad / Guess Who's Coming to Dinner
reż. Stanley Kramer, 1967

Moja ocena: 8/10

sobota, 8 stycznia 2011

Kwaidan, czyli opowieści niesamowite




Strasznie długi i dłużący się film wymaga krótkiego komentarza.

Prawie w całości nakręcony w sztucznych wnętrzach przy użyciu sztucznej scenografii. Taki teatr pełen śniegu, drzew, łodzi, dymu i ognia. Niesamowicie kolorowy, bogaty. Pełen dziwnych dźwięków i kostiumów, gry światła i cienia.

Mistrzowsko sfotografowany, pocięty i zagrany, choć aktorzy zdają się pełnić rolę kukiełek w tym teatrze kukiełkowym.

Dużo w tym poezji, tradycji. Całość przesiąknięta egzotyczną kulturą japońską.

Mroczne nowele o rzeczach ważnych, uniwersalnych pozbawione wartościowania, oceniania wyborów bohaterów.

Całość bajkowa, umowna, trochę poskracana, poucinana i poupraszczana. Gdzieniegdzie przesadnie rozwlekła i rozciągnięta.

Trochę niepokojąca, bo człowiek często upada, ale nie straszna, jak to często widzowie oczekują od horroru.

Bardzo wartościowy film.


Kwaidan, czyli opowieści niesamowite / Kaidan
reż. Masaki Kobayashi, 1964

Moja ocena: 8/10

czwartek, 23 grudnia 2010

Dirty Dancing




Niesamowicie zbanalizowany wątek aborcji. Został do tej historii w stawiony chyba tylko po to, aby rozgrywać względy ojca Frances pomiędzy dobrym chłopcem, przyszłym lekarzem, który okazuje się zimnym draniem, a naszym super bohaterem Johnnym. Sama aborcja w tym filmie nie ma najmniejszego znaczenia, jest potraktowana jak zabieg wyrwania chorego zęba. Na żadnym z bohaterów to nie wywołuje najmniejszego wrażenia.

Sama postać głównego bohatera – Johnnego – została stworzona pod psychikę kobiet. Jest on z pozoru silnym, intrygującym, przystojnym „złym chłopcem”, a okazuje się przy bliższym poznaniu czuły, delikatny i dobry. Jego pozytywne cechy zostały do granic możliwości rozciągnięte i uwypuklone. Dzięki temu widzowi może umknąć nawet fakt, że jest on męską prostytutką.

Ogólnie on, jak i wszyscy pozostali bohaterowie, jest niesamowicie jednowymiarowy, a jego osobowość jest odrobinę niespójna i rysowana na potrzeby konkretnych scen.

Frances również plastikowa. Przeżywa piękne marzenie o wyjątkowym romansie na wakacjach, z którym mają się utożsamiać widzki. Taki taneczny Romeo i Julia. Dziewczyna z dobrej rodziny i chłopak, który nie pasuje, nie jest akceptowany przez rodziców. Ona się wymyka, ryzykuje, ma trochę adrenaliny, a dzięki temu przeżywa wspaniałe chwile.

Wszystko rozgrywa się dość szablonowo od początku do końca... uwzględniając wielki taneczny happy end i tuż przed nim smutne rozstanie i inne zawirowania.

Typowa Hollywoodzka bajka. 100% fajności, niewiele procent poziomu artystycznego.

Oglądało się dobrze. Muzyka sprawiała, że nóżka chodziła. I gdybym miał wybierać Step Up-y, Tańce z gwiazdami, na lodzie, w wodzie, czy tam gdzie, to wybrałbym Dirty Dancing.


Dirty Dancing
reż. Emile Ardolino, 1987

Moja ocena: 4/10

środa, 15 grudnia 2010

Źródło





[uwaga, tekst zawiera spojlery]

Arcydzieło. Jeden z trzech najlepszych filmów Bergmana. Dzieło kompletne.

Niesamowicie ciekawe postaci, ich losy i wybory moralne.

Dziewczynka – uosobienie niewinności. Chowana pod kloszem, nie zdaje sobie sprawy ze zła tego świata. Przypomina Czerwonego Kapturka. Do tego jest dziewicą – ikoną czystości (jej szaty), chlubą swojego domu i żywym dowodem na jego prawość i pobożność.

Służąca – zawsze w cieniu dziewczynki. Na jej usługach. Zawsze ta gorsza. Potępiana za coś, co stało się nie z jej winy. Pozbawiona własnego domu rodzinnego, skrzywdzona przez los. Nieszczęśliwa. Chodzą jej po głowie czarne myśli, chęć odwrócenia losów, zepsucia dobrego imienia Dziewczynki. Później bierze na siebie odpowiedzialność za to, co widziała (jedyny naoczny świadek). Ma straszne wyrzuty sumienia.

Ojciec – głowa rodziny. Wymierza wyrok. Nie działa pochopnie. Najpierw zbiera dowody. Nie zabija po cichu. Najpierw patrzy w twarz oprawcom swojej córki. W afekcie morduje też chłopca, później tego żałuje.

Oprychy trafiają do domu rodzinnego zamordowanej wcześniej dziewczyny. Rodzina przyjmuje ich, daje dach nad głową, karmi. Oni nie zdają się zdawać sprawy z tego, co robią, co się w ogół nich dzieje.

Pobożna rodzina morduje trzy osoby. Żądna jest zemsty, choć jest to niezgodne z ich wiarą. Z jednej strony świece dla Maryi dają, z drugiej mordują u siebie w domu ludzi. Ale czy ta zemsta to nie był ludzki odruch? Czy to nie było „normalne” zachowanie? Jak wiele osób na ich miejscu postąpiłoby podobnie?
Jednak jak wielki jest ból sumienia i jak wielką próbą wiary okazało się to zdarzenie.
Później pozostał żal i zadośćuczynienie. Człowiek błądzi, to normalne, a Bóg okazuje się miłosierny... Zaraz, przecież Bergman był ateistą!

A wyszła mu przypowieść... albo taki klasyczny dramat godzien Szekspira.
Treść, historia, budowa, psychologia postaci i dramaturgia – wielkie chapeau bas z mojej strony dla reżysera oraz twórczyni scenariusza.

Znakomite aktorstwo i zdjęcia Nykvista to już tylko rodzynki na torcie.


Źródło / Jungfrukällan
reż. Ingmar Bergman, 1960

Moja ocena: 10/10

piątek, 12 listopada 2010

Ściana



Postaram się dość ostrożnie napisać kilka słów o tym filmie, gdyż na muzyką się nie interesuję -> na muzyce się nie znam, więc nie chciałbym palnąć tu jakiś strasznych głupot, za które znawcy tematu zaraz by mnie powiesili na trzepaku (nie powiem za co).

Ten znakomity obraz Alana Parkera jest filmową interpretacją legendarnej płyty Floydów. Jedyną treścią tego dzieła jest treść płyty „The Wall” z 1979 roku. Parker gra kolejne utwory w kolejności zgodnej z tą na płycie. Obrazuje tekst ukazując na ekranie losy bohaterów (dwóch, jednego?). Spaja kolejne utwory w całości, płynnie przechodzi z treści jednego do drugiego. Prowadzi spójny dialog z widzem mówiąc muzyką i obrazem. Traktuje słowa piosenek zarówno dosłownie, jak i metaforycznie, uwypuklając oraz czasem dodając coś od siebie.

Budowanie wokół siebie muru, zakładanie masek, poddawanie się systemowi i wiele, wiele więcej. Do tego mnóstwo interesujących pomysłów na sceny i oddanie niepokojącego nastroju płyty.

W mojej ocenie to film bardzo dobry. Wielkie wrażenie zrobił na mnie, gdy ponad 4 lata temu widziałem go po raz pierwszy. Teraz wrażenie mniejsze, ale treść wciąż aktualna, warta zastanowienia się.

A „Ściana” jest chociażby o tyle wyjątkowa, że często spotyka się filmowe adaptacje literatury, ale filmowe adaptacje płyty z muzyką można policzyć na placach... w zasadzie, ja w tej chwili nie przypominam sobie żadnej innej (nie licząc obrazów w stylu „Mamma Mia!”).


Ściana / Pink Floyd The Wall
reż. Alan Parker, 1982

Moja ocena: 8/10

niedziela, 17 października 2010

Damy z Lasku Bulońskiego



Drugi pełnometrażowy film Bressona.

Robert był jak wino, im starszy, tym lepszy. Jego styl rodził się z czasem i powoli, z każdym kolejny dziełem nabierał co raz bardziej fascynującego kształtu. Swoje apogeum osiągnął w ostatnim w filmografii „Pieniądzu”. Nie dziwi zatem, że „Damy z Lasku Bulońskiego” nie powalają stroną formalną.

Solidna historia miłosna, forma podporządkowana treści, nie zwracająca na siebie uwagi. Bez zbędnych bajerów i upiększeń. Konkretnie, prosto i na temat. Nie ma czym się zachwycać, nie ma czego ganić.

Nawet głośne wzdychania i nieco przerysowane zagrania aktorek nie raziły, gdyż to w końcu damy były, a one, jak przystało na wyższe sfery, na pokaz wozić się lubiły. Dodatkowo należy pamiętać, iż to film z 1945 roku, a ogląda się bardzo dobrze. Dynamiczna historia, brak zbędnych ujęć - wszystko toczy się jak należy i nudzić specjalnie się nie można.

„Damy z Lasku Bulońskiego” to film bardzo udany, ale w filmografii Bressona zdecydowanie (i słusznie) ginie w cieniu takich tytułów, jak „Dziennika wiejskiego proboszcza”, „Prawdopodobnie diabeł”, „Na los szczęścia, Baltazarze!”, „Pieniądz”, które świecą niczym gwiazdy.

Widzu, kieruj się w stronę światła.













Damy z Lasku Bulońskiego / Les Dames du Bois de Boulogne
reż. Robert Bresson, 1945

Moja ocena: 6/10