Początek filmu oceniam na 1 /10. Głównie ze względu na liczne drastyczne sceny, które budzą mój stanowczy sprzeciw.
Wiem, że to plemiona pierwotne, że tak było w rzeczywistości, ale to nie powód, by pokazywać je dzisiejszemu widzowi. Może film miał być realistyczny, lecz realizm to nie wypadające na ziemię flaki, ale wiarygodność w ukazywaniu świata, wydarzeń oraz psychologii postaci.
Uważam, że nie można takich rzeczy pokazywać, gdyż to niszczy u widzów wrażliwość i poczucie piękna. Emanuje z ekranu agresją, bezwzględnością i zabija czułość na cudze cierpienie.
Rozumiem, że to film dla dojrzałych, dorosłych i ukształtowanych widzów, nie dla dzieci, ale nie tylko dzieci są podatne na oddziaływanie tego typu obrazów. Wydaje mi się, że nawet, jeśli rozumowo wyprzemy to, co zobaczyliśmy, ono zostaje w naszej podświadomości i wpływa na naszą wrażliwość i delikatność. A osobiście uważam, że zadanie sztuki jest z goła inne. Powinna ona budować i umacniać w nas poczucie piękna oraz naszą wrażliwość na innych ludzi, ich problemy i cierpienie.
Ponadto, początek budzi mój sprzeciw, gdyż mam wrażenie, iż początkowe drastyczne sceny miały za zadanie jedynie zszokować, wzbudzić kontrowersje i wywołać, tak potrzebny temu filmowi, rozgłos. Początek przecież jedynie naświetla pewną sytuację wyjściową dla dalszych wydarzeń. A owe zapoznanie się widza z konkretnymi faktami, z ze specyfiką świata filmowego, z tłem historycznym oraz rysami bohaterów mogło nastąpić w różnoraki sposób.
Bo czym się różni dobry reżyser od złego reżysera? Zły reżyser pokazuje wyrywanie flaków i rozłupywanie czaszek. Dobry reżyser potrafi powiedzieć to samo sugerując i używają metafor. No, ale często złemu reżyserowi zależy również na fanach „Piły”, na rozgłosie oraz tym, by jego film był fajny. A jak krew tryska, to zdaniem niektórych jest fajnie.
Dla mnie wzorcowym przykładem tak rozumianej dobrej reżyserii jest krótki fragment nagrodzonego znakiem jakości „KYRTAPS Poleca!” filmu „Pieniądz” Roberta Bressona z 1983 roku. Do obejrzenia poniżej.
Wzbudzona kawa w filiżance mówi więcej, niż jakakolwiek ekspresja aktorska, więcej niż słowa, czy samo uderzenie w twarz. Tyle w tym emocji! Gdyby któryś z reżyserów w taki sposób pokazywał mordowanie, to byłby piękny spektakl... a tak, latają głowy i pękają czaszki, a widz zamyka oczy... chyba, że jest nieczuły, że okrutne widoki go nie ruszają lub nawet podniecają i bawią.
Jednak Nicolas Winding Refn nie jest z pewnością złym reżyserem, bo w dalszej części filmu udowadnia, że z wyczuciem coś powiedzieć również potrafi, że niepotrzebna mu dosłowność, że potrafi sprawnie posługiwać się filmowymi środkami wyrazu. Tym bardziej ganię ten film za jego brutalny początek. Może nie jakoś rewelacyjnie i niezbyt twórczo NWR to robi, ale widać, że potrafi i w ten sposób oszczędza widzom rozlewu krwi.
Ale do rzeczy, już nie czepiając się brutalności i obrzydliwości. Sam film jest bardzo ciekawy i nietypowy. Niemal pozbawiony słów. Posiada sporo wymieszanych ze sobą symboli oraz metafor.
Tak zastanawiając się nad własną interpretacją doszedłem do wniosku, że to wszystko jest mało konkretne i strasznie otwarte na szereg odczytań. To widz, nie twórca, nadaje treść filmowi.
Dla mnie najistotniejsza była sama postać Jednookiego. Jego błądzenie, podróż inicjacyjna, szukanie w życiu właściwej „drogi do domu”. Ostatecznie okazał się on zwycięzcą. Znalazł drogę i poszedł nią.
To dzieło surowe, nieźle sfotografowane. Ale chyba twórcy trochę zabrakło doświadczenia w tworzeniu takiego typu kina. Jest tu dużo pustych dłużyzn, które nie wypełnia reżyser. On się odsuwa i zostawia miejsce dla widzów. Sam nie ma wiele do powiedzenia. Ogranicza się do jak najlepszego realizowania fabuły, prostej historii. Ma nadzieję zahipnotyzować widza, wciągnąć do swojego świata i w ten sposób na niego podziałać.
Czy się to udaje? Zależy indywidualnie od widza.


